Podczas powodzi najbezpieczniej jest... na wodzie. Przekonują do tego armatorzy z całej Europy, którzy swoje barki cumują na betonowych dalbach. Pomysł dotarł do Krakowa.
Barka, która ma stanąć przy bulwarach naprzeciw hotelu Cubus, będzie mieć 40 metrów długości. Na dolnym pokładzie działać ma restauracja, u góry znajdą się oranżeria i widokowy taras. Nietypowy będzie system przymocowania jej do nabrzeża - utrzymywać mają ją dalby, czyli betonowe słupy cumownicze wbite w dno Wisły. Jeśli poziom wody zmieni się, barka przesuwać się po nich będzie w górę i w dół. Cumowanie na dalbach nie jest nowością w Europie. Pierwsza restauracja na dalbach stanęła niedawno przed hotelem Tumskim we Wrocławiu (czeka jeszcze na odbiór).Podczas powodzi najbezpieczniej jest... na wodzie. Przekonują do tego armatorzy z całej Europy, którzy swoje barki cumują na betonowych dalbach. Pomysł dotarł do Krakowa.
Barka, która ma stanąć przy bulwarach naprzeciw hotelu Cubus, będzie mieć 40 metrów długości. Na dolnym pokładzie działać ma restauracja, u góry znajdą się oranżeria i widokowy taras. Nietypowy będzie system przymocowania jej do nabrzeża - utrzymywać mają ją dalby, czyli betonowe słupy cumownicze wbite w dno Wisły. Jeśli poziom wody zmieni się, barka przesuwać się po nich będzie w górę i w dół.

- Dalby to najtańszy i najbezpieczniejszy sposób cumowania stosowany w Europie. Problemem nie są wówczas skoki wody, powódź. W czasie przypływu przymocowana w ten sposób barka podnosi się wraz z poziomem wody. Nie wychodzi na nabrzeże, nie trzeba jej odholowywać - tłumaczy Wiesław Krawiec, inwestor barki "Augusta". Takie właśnie problemy spowodowała ubiegłoroczna powódź. Przez kilka tygodni dwie zerwane barki tkwiły na stopniu wodnym Dąbie. Wysoki poziom wody uniemożliwił też odholowanie pływających restauracji spod Wawelu.
Cumowanie na dalbach nie jest nowością w Europie. W Pradze sprawdziły się podczas powodzi w 2002 roku, kiedy pod wodą znalazł się budynek parlamentu. Takie systemy są też stosowane w Amsterdamie, Londynie czy na jeziorze górskim Como we Włoszech. Wreszcie dotarły do Polski. Pierwsza restauracja na dalbach stanęła niedawno przed hotelem Tumskim we Wrocławiu (czeka jeszcze na odbiór).

Następny może być Kraków. "Augusta" ma już większość potrzebnych pozwoleń. - Mamy zgodę Zarządu Infrastruktury Sportowej, pozytywną opinię konserwatora zabytków, architekta i plastyka miejskiego. Sprawę konsultował też Urząd Żeglugi Śródlądowej i pozytywnie odniósł się do naszego projektu. Wciąż czekamy jednak na ostateczną zgodę Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej - wylicza Krawiec.
O decyzję inwestor wystąpił w grudniu ubiegłego roku. - Dajemy inwestycji zielone światło, bo takie systemy faktycznie sprawdzają się na Zachodzie. W Krakowie to jednak na razie eksperyment. Przede wszystkim potrzeba badań geologicznych, by sprawdzić, czy słupy da się wbić w dno Wisły - tłumaczy Tomasz Sądag, zastępca dyrektora Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej.
Przyznaje też, że nasz system prawny nie zna tego rozwiązania, więc projekt wymagał dokładnej oceny.
- Władze w innych miastach europejskich dostosowały się do nowego trendu budowania na wodzie i pomagają mieszkającym lub prowadzącym lokale na barkach. W Polsce wciąż trzeba się miesiącami starać o różne pozwolenia. Brakuje współpracy między urzędami - ocenia Kamil Zaremba z Wrocławia, właściciel pierwszego w Polsce domu na wodzie. Sam przez kilka miesięcy starał się przekonać Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej we Wrocławiu, że jego dom jest bezpieczny w czasie powodzi.
Krakowscy właściciele lokali na wodzie zauważają, że problemem są nie tylko pozwolenia, ale też brak odpowiedniej infrastruktury nad Wisłą.
Miasto w ostatnich latach stworzyło co prawda 10 nowych stanowisk cumowniczych (na odcinku od ul. Flisackiej do ul. św. Wawrzyńca), brakuje jednak oświetlenia i dostępu do mediów.
- Liczę, że dzięki palom cumowniczym barek przybędzie, a bulwary ożyją. Restauracje i kawiarnie na Wiśle mogłyby być świetną alternatywą dla Kazimierza. Niestety, jasno jest tylko pod Wawelem i na krótkim odcinku przy kładce Bernatka, gdzie na deptak pada światło z zacumowanych barek i przylegających ulic. Reszta tonie w ciemnościach i odstrasza turystów. Sam bym się tam na spacer nie wybrał - mówi Marcin Królczyk, właściciel hostelu na wodzie "Basia", zacumowanego przy bulwarze Kurlandzkim. Projekt oświetlenia bulwarów co prawda jest, ale miasto nie ma pieniędzy, żeby go zrealizować.
Armatorzy przyznają, że mogliby rozważyć udział w kosztach. - Chcielibyśmy przekonać pozostałych właścicieli, żeby doświetlić bulwary na własny koszt. To pomoże ściągnąć tu turystów - rozważa Krawiec.
Proszę Zaloguj by zagłosować.
Kliknij przycisk `Akceptuję`, aby ukryć ten pasek. Jeśli będziesz nadal korzystać z witryny bez podjęcia żadnych działań, założymy, że i tak zgadzasz się z naszą polityką prywatności. Przeczytaj informacje o używanych przez nas Cookies