Jedna z odpowiedzi na pytanie, jak zaradzić powodziom, jest od wieków ta sama: znaleźć miejsca, które w razie potrzeby mogą zostać zalane, by ocalić inne obszary. Czyli: poświęcić jedno dobro, by ratować inne.
Niektórzy jeszcze nie uporali się z usunięciem skutków ubiegłorocznej powodzi. Inni stracili domy, które zabrała osuwająca się ziemia. Mieszkańcy regionu słusznie zadają sobie pytanie: czy władze publiczne robią wszystko, aby uchronić ich przed kolejnym kataklizmem? Ludzie chcą i mają prawo czuć się bezpiecznie. 
Jedna z odpowiedzi na pytanie, jak zaradzić powodziom, jest od wieków ta sama: znaleźć miejsca, które w razie potrzeby mogą zostać zalane, by ocalić inne obszary. Czyli: poświęcić jedno dobro, by ratować inne. Nadszedł czas, by podjąć debatę na ten trudny temat - pisze Marek Sowa, marszałek województwa małopolskiego.
Wraz z nadejściem wiosny wielu mieszkańców Małopolski będzie z niepokojem spoglądać w niebo. Niektórzy jeszcze nie uporali się z usunięciem skutków ubiegłorocznej powodzi. Inni stracili domy, które zabrała osuwająca się ziemia. Mieszkańcy regionu słusznie zadają sobie pytanie: czy władze publiczne robią wszystko, aby uchronić ich przed kolejnym kataklizmem? I nikogo nie obchodzi, w jakim stopniu ponosi za to odpowiedzialność premier, minister, wojewoda, marszałek, starosta czy wójt. Ludzie chcą i mają prawo czuć się bezpiecznie. A zadaniem administracji rządowej i samorządowej jest im to zapewnić. Do tego konieczna jest nie tylko perfekcyjna współpraca wszystkich instytucji publicznych. Potrzebujemy także dobrego prawa, wieloletniego programu inwestycyjnego obejmującego cały kraj, świadomości, jak wieloletnie zaległości nadrabiamy, i szerokiego spojrzenia na kwestie ochrony przeciwpowodziowej. Ważne jest także uświadomienie, że każdy z nas może mieć swój udział w walce z żywiołem.
Małopolska: od powodzi do suszy
Pod względem podatności na klęskę powodzi Małopolska jest regionem szczególnym. Ta teza brzmi banalnie, jest przecież często powtarzana, warto jednak zdać sobie sprawę z kilku faktów. Dorzecze górnej Wisły jest obszarem o najbardziej zróżnicowanym klimacie w Polsce. W Małopolsce obserwuje się ekstremalne zjawiska pogodowe, jak huraganowe wiatry, gwałtowne burze czy deszcze nawalne. Zjawiska te związane są m.in. z intensywnością opadów. Zdarzają się u nas lata mokre z powodziami, ale też lata z małymi opadami i dotkliwą suszą. Jak oceniają eksperci, województwo małopolskie należy do obszarów o największej ilości opadów w Polsce i wysokim stopniu zagrożenia powodziowego. Szacuje się, że poziom tego ryzyka jest o 15 proc. wyższy niż na pozostałych terenach Polski. Problem dotyczy prawie połowy naszego województwa.
Największe zagrożenie powodziowe stwarzają zlewnie rzek Soły i Dunajca, a w następnej kolejności - Raby i Skawy. Katastrofalne powodzie pod względem zasięgu i hydrologicznego znaczenia w ubiegłym wieku wystąpiły w latach: 1903, 1925, 1931, 1934, 1940, 1948, 1958, 1960, 1970, 1997, 1999, 2000. Wyjątkowo ponuro na tym tle rysuje się ostatnie dziesięciolecie. Jedynie w 2003 roku nie odnotowaliśmy szkód powodziowych. Za to powódź w 2010 roku ustanowiła smutny rekord pod względem wielkości straty w infrastrukturze komunalnej i przeciwpowodziowej.
Gigantyczne straty na lata
Dbanie o stan wałów przeciwpowodziowych i urządzeń melioracyjnych to zadanie rządowe zlecone samorządom. Największa odpowiedzialność spoczywa na samorządzie województwa, który ma w swojej pieczy 1016 km wałów w Małopolsce. Niestety, co roku Małopolski Zarząd Melioracji i Urządzeń Wodnych, czyli instytucja podległa samorządowi województwa, otrzymuje zaledwie kilkanaście procent środków potrzebnych mu na utrzymanie, eksploatację i konserwację melioracji wodnych. Ta sytuacja jest niezmienna od lat. Rozumiem trudną sytuację budżetu państwa, zwłaszcza w okresie ustrojowej transformacji, ale przecież lepiej inwestować w bezpieczeństwo przeciwpowodziowe niż usuwać skutki kataklizmu.
Środki na utrzymanie wałów to jedno, inwestycje - drugie. Samorząd województwa w ciągu ostatniej dekady zainwestował w wały i urządzenia wodne ponad 65 mln zł, podczas gdy rząd przekazał nam w tym czasie na ten cel zaledwie 18,5 mln zł. Z kolei na usuwanie skutków powodzi w latach 2000-2010 otrzymaliśmy ponad 401,7 mln zł z kasy państwa.
O tym, co można zrobić, kiedy znajdą się pieniądze, świadczy ubiegły rok. Dla wielu rodzin oznaczał on klęskę powodzi, z której skutkami borykają się do dzisiaj. Zarazem jednak kataklizm okazał się impulsem inwestycyjnym. Małopolski Zarząd Melioracji i Urządzeń Wodnych usunął szkody na 176 km rzek i potoków, wybudował prawie 2 km nowych obwałowań, zmodernizował i usunął szkody na prawie 29 km wałów przeciwpowodziowych. Na przedsięwzięcia z zakresu ochrony przeciwpowodziowej wydał rekordową kwotę prawie 123 mln zł, z czego ponad 100 mln zł pochodziło z rezerwy budżetu państwa.
Także my nie szczędziliśmy pieniędzy na usuwanie skutków powodzi. W ubiegłym roku na ten cel przeznaczyliśmy z budżetu województwa ponad 65 mln zł. Zacisnęliśmy pasa, szukając oszczędności wszędzie tam, gdzie tylko to było możliwe. Ten wysiłek wszakże to tylko kropla w morzu potrzeb, bo straty w mieniu województwa spowodowane przez wielką wodę w 2010 r. wyniosły ok. 900 mln zł. Potrzeba wielu lat, by je odrobić. Ale jesteśmy gotowi, by ten wysiłek podjąć.
Każdy może (sobie) pomóc
Gdy zadajemy pytanie o ochronę przeciwpowodziową, warto mówić też o działaniach pozornie drobnych, które zależą od samych Małopolan. Koszenie rowów odwadniających przed naszą posesją, usuwanie stamtąd krzaków i śmieci, czyszczenie przepustów przy wjeździe do domu czy na polu uprawnym na pewno poprawi nasze bezpieczeństwo. Bardzo ważne jest systematyczne oczyszczanie przez właściwe służby terenu między wałami przeciwpowodziowymi z drzew i krzewów. Tam, gdzie tego nie uczyniono, woda w ubiegłym roku stała bardzo długo, mając utrudniony odpływ. Tyle że aby dojechać do takich miejsc, służby muszą czasem przejechać przez prywatną posesję, co często spotyka się z oporem ze strony właścicieli gruntu.
Powinniśmy także uporządkować i uprościć system prawny. Zadecydujmy, kto powinien odpowiadać za zabezpieczenia przeciwpowodziowe. Teraz zajmuje się tym wiele instytucji - zarówno tych podległych samorządowi, jak i rządowych. Na przykład w Krakowie za administrowanie wałami odpowiada Małopolski Zarząd Melioracji i Urządzeń Wodnych, Regionalny Zarząd Gospodarki Wodnej, Arcelor Mittal Poland SA, prezydent miasta oraz Miejskie Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji.
Ponadto już od lipca ubiegłego roku mamy tzw. specustawę powodziową. Łatwiej jest uzyskać grunt pod inwestycje, prostsze są niektóre procedury administracyjne. Ale uzyskanie decyzji środowiskowej nadal trwa niekiedy kilkanaście miesięcy. To stanowczo za długo! Z takimi problemami borykamy się na przykład w związku z planami budowy zbiorników małej retencji. Tymczasem właśnie zbiorniki retencyjne i uregulowanie biegu Wisły na terenie całej południowej Polski dają szansę na uchronienie Małopolski przed wielką wodą.
Na szczęście po 25 latach zbliżają się ku końcowi prace przy budowie zbiornika retencyjnego Świnna-Poręba. Mam nadzieję, że wystarczy pieniędzy i konsekwencji do zrealizowania do 2030 r. rządowego Programu Ochrony przed Powodzią w Dorzeczu Górnej Wisły. Ta inwestycja na pewno się zwróci. Szacowane koszty programu wynoszą ok. 13 mld zł, a jak wskazują wyliczenia z ostatniego półwiecza, straty powodowane przez powodzie w tej części kraju wynoszą średnio ponad 670 mln zł rocznie.
Najlepiej zapowiedzieć
Jeszcze kilka zdań o zagospodarowaniu przestrzennym. Wszyscy pamiętamy rozpacz mieszkańców Lanckorony, Kłodnego, gmin Laskowa, Łososina Dolna czy Gródka nad Dunajcem, którzy patrzyli, jak ich domy niszczy osuwająca się ziemia. Uchwalając plany zagospodarowania przestrzennego i wydając pozwolenia na budowę, nie można dopuścić do tego, aby budynki powstawały na terenach osuwisk czy na obszarach zalewowych.
Kreśląc tych kilka refleksji, nie chciałbym pozostawić zbyt optymistycznego obrazu. Małopolska dźwiga się nie tylko po ubiegłorocznych zniszczeniach, ale wciąż naprawia straty z lat ubiegłych. Niestety, z całą pewnością można stwierdzić, że stan techniczny znacznej części budowli i urządzeń wodnych mających istotne znaczenie dla bezpieczeństwa powodziowego województwa małopolskiego jest niewystarczający lub wręcz zły. Na przykład stan techniczny 14 proc. obwałowań oceniamy jako dobry, niezagrażający bezpieczeństwu, 84 proc. wałów jest w stanie mogącym zagrażać bezpieczeństwu, natomiast 2 proc. wałów jest w stanie zagrażającym bezpieczeństwu. Jesteśmy wdzięczni za środki przyznane z budżetu państwa na likwidację szkód powodziowych powstałych w 2010 roku. Trzeba jednak sobie uczciwie powiedzieć, że pozwala to na pokrycie zaledwie 10 proc. potrzeb w tym zakresie.
I jeszcze jedna gorzka refleksja: gdyby szkody powodziowe były likwidowane systematycznie i natychmiast po ich wystąpieniu, kolejne powodzie nie powodowałyby tak dużego zagrożenia, straty zaś byłyby znacznie mniejsze.
Oczywiście pojawić się może pytanie, czy województwa nie stać, by z własnych środków modernizować na bieżąco infrastrukturę przeciwpowodziową. Trudno przecież znaleźć pilniejsze i ważniejsze działania od zapewnienia bezpieczeństwa ludziom i ich mieniu. Jak już wskazywałem, od lat Małopolska przeznacza na ten rodzaj zadań tyle środków, ile jest to możliwe. W ogromie zadań realizowanych przez nasz poziom samorządu nie sposób wygospodarować więcej pieniędzy, by dodatkowo finansować meliorację.
Nie chcę zarzucać czytelników liczbami, lecz zainteresowanych zachęcam do uważnej analizy budżetowych dokumentów.
Trzeba to wreszcie powiedzieć!
Nawet najlepsze wały okazać się mogą za słabe, by przyjąć wielką wodę. Mieliśmy już kataklizmy stulecia czy tysiąclecia. Pokory wobec żywiołu uczy obecna tragedia Japonii. Nawet najlepsza technika bywa bezradna wobec potęgi natury. Co więcej, doświadczenie nie tylko naszego kraju pokazuje, że mimo zwiększania wydatków na infrastrukturę chroniącą przed wodą, poziom szkód się zwiększa. Wynika to z nierozsądnego zagospodarowania terenów zalewowych przez różnego rodzaju budowle, lokalizacji obiektów powodujących spiętrzanie wody (jak np. mostów) i wreszcie stosowania do ochrony wyłącznie urządzeń technicznych, bez szerszego spojrzenia na kwestie bezpieczeństwa powodziowego.
Co pozostaje? Jedna z odpowiedzi jest od wieków ta sama: znalezienie miejsc, które w razie potrzeby mogą zostać zalane, by ocalić inne obszary. Ten system sprawdza się w wielu krajach. Oczywiście poświęcanie jednego dobra, by ratować inne, rodzi wątpliwości natury gospodarczej i etycznej. Wydaje mi się jednak, że nadszedł czas, by podjąć debatę na ten temat i głośno mówić, co możemy zrobić, by Małopolanie czuli się wreszcie bezpieczniej.
Proszę Zaloguj by zagłosować.
Kliknij przycisk `Akceptuję`, aby ukryć ten pasek. Jeśli będziesz nadal korzystać z witryny bez podjęcia żadnych działań, założymy, że i tak zgadzasz się z naszą polityką prywatności. Przeczytaj informacje o używanych przez nas Cookies