Kraków, Koźle (inf. własna). Wczoraj w godzinach rannych między godziną 6 a 7 na jazie klapowym Koźle ( km 0,96 Nowej Odry) miało miejsce bardzo poważne zdarzenie żeglugowe, lub jeśli ktoś woli inną formę - wypadek żeglugowy. Barka pchana górnopokładowa należaca do firmy Z.K. sp. Z o.o. J. Żórawski o nazwie "Byk" zerwała się z miejsca postoju Brzeźce (km. 88,10 rzeki Odry). Barka spływając z prądem rzeki uderzyła pierwotnie w filar mostu robiąc dość poważne wgniecenie w poszyciu i następnie "najechała" czołowo na klapę jazu zawieszając się mniej więcej w połowie długości barki.
Podobna do tej w Koźlu sytuacja wydarzyła się w tym samym dniu w Krakowie - o czym szeroko informowały media. Barki pchane do przewozu kruszywa zerwały się z cum i spłynęły na jaz stopnia Dąbie. Barki oparły się o filary i w chwili obecnej niemozliwe jest odciągnięcie ich od nich. Jedna z barek uległa pod naporem silnego nurtu złamaniu i zapewne nie będzie nadawać się do użytku. 
Kraków, Koźle (inf. własna). Wczoraj w godzinach rannych między godziną 6 a 7 na jazie klapowym Koźle ( km 0,96 Nowej Odry) miało miejsce bardzo poważne zdarzenie żeglugowe, lub jeśli ktoś woli inną formę - wypadek żeglugowy.

Barka pchana górnopokładowa należaca do firmy Z.K. sp. Z o.o. J. Żórawski o nazwie "Byk" zerwała się z miejsca postoju Brzeźce (km. 88,10 rzeki Odry). W tym czasie gwałtownie wzrastał stan wody w Odrze - różnica w ciągu doby na wodowskazie Miedonia wyniosła + 377 cm. Taki gwałtowny wzrost wody w Odrze był sygnalizowany przez IMGW w komunikacie o ostrzeżeniach hydrologicznych w dniu poprzednim. Barka spływając z prądem rzeki uderzyła pierwotnie w filar mostu robiąc dość poważne wgniecenie w poszyciu i następnie "najechała" czołowo na klapę jazu zawieszając się mniej więcej w połowie długości barki.

Właściciel barki podjął decyzję wyładowania kruszywa do rzeki przy pomocy ładowarki samojezdnej przemieszczonej na pokład jednostki z mostu za pomocą dźwigu samochodowego. Była to jedyna udana operacja, kruszywo zostało po prostu zrzucone do wody na klapę jazu. Barka po wyładunku spłynęła z jazu na dolne stanowisko. I w tym momencie przyszła armatorowi genialna myśl aby przeprawić barkę z powrotem na górne stanowisko jazu przez opuszczoną klapę. Zaangażował dla tej operacji pchacza Byk 4 na dolnym stanowisku i samochód ciężarowy na lądzie w górnym stanowisku z wyciągarką, tzw. lebiodką.
Podczas przepychania barki nad klapą jazu kilkakrotnie słychać było uderzenia dna barki o konstrukcję jazu. Po kilku nieudanych próbach zrezygnował i odstawił barkę w dolnym stanowisku jazu około godz. 17.30 Podczas całej tej operacji obecni byli przedstawiciele UŻŚ w Kędzierzynie Koźlu i RZGW Gliwice. Wspomnieć należy że o całym zdarzeniu poinformowała UŻŚ policja. Jakie skutki spowodowało to zdarzenie ocenić będzie można dopiero po opadnięciu wód wezbraniowych, a spodziewać się należy dość poważnych szkód.
Całe to zdarzenie jest efektem niedbałości i lekceważenia podstawowych zasad bezpieczeństwa na wodzie w czasie sytuacji nadzwyczajnych. Nic nie powinno usprawiedliwiać niedbałości armatora o swą flotę w czasie zagrożenia nagłymi wzrostami stanów wody. Za każdym razem, w przypadku prognoz wystąpienia takich zjawisk RZGW Wrocław wydaje informację o konieczności usunięcia z nurtu rzeki jednostek pływających do najbliższych portów i schronisk. W tym przypadku armator nie dopełnił tego zalecenia narażając tym samym mienie publiczne znacznej wartości na zniszczenie.
Moim zdaniem w takich przypadkach urząd, który jest odpowiedzialny za kontrole bezpieczeństwa powinien egzekwować od armatorów stosowanie tych zasad i zgłosić to zdarzenie do prokuratury jako umyślne zaniedbanie zasad bezpieczeństwa na wodzie z potencjalnym uszkodzeniem obiektu hydrotechnicznego.
Tego typu przypadki lekceważenia zagrożenia zerwania z cum można było zaobserwować w czasie tegorocznej powodzi na Wiśle. Aż ciarki przechodziły po plecach na widok pozostawionych w nurcie wezbranej rzeki pływających obiektów restauracyjnych i hotelowych. Aż dziw, że w tym czasie nic się nie stało. Ewidentnie widać brak żeglugowej wyobraźni wśród coraz liczniejszej flotylli pływających restauracji i nowych armatorów, którzy kontakt z rzeką dotychczas mieli wyłącznie z pozycji brzegu.
W takich przypadkach nie ma żadnego wytłumaczenia się z niewiedzy żeglugowej. Brak wyobraźni, groszowe oszczędności przy doprowadzeniu obiektów do miejsc bezpiecznych oraz brak nadzoru w sytuacjach zagrożenia powinien być karany z całą stanowczością przez organa do tego powołane.
Zresztą podobna do tej w Koźlu sytuacja wydarzyła się w tym samym dniu w Krakowie - o czym szeroko informowały media. Barki pchane do przewozu kruszywa zerwały się z cum i spłynęły na jaz stopnia Dąbie. Barki oparły się o filary i w chwili obecnej niemozliwe jest odciągnięcie ich od nich. Jedna z barek uległa pod naporem silnego nurtu złamaniu i zapewne nie będzie nadawać się do użytku.

Było w historii (przynajmniej na Odrze we Wrocławiu) kilka przypadków, zgoła wydawało by się niemożliwych. W latach 70 tych, barka pchana, zacumowana w basenie portowym wrocławskiego Portu Miejskiego w nocy, przez nikogo nie zauważona zerwała się z lin i przepłynąwszy 6 kilometrów zawisła nad jazem Rędzin.
Zdarzenie to na pewno dobrze utkwiło w pamięci koledze Józkowi. Również spektakularne przechodzenie przez jaz Rędzin zdarzyło się dźwigowi pływającemu "Wróblin" jak również próbę pokonania jazu w Janowicach przez barkę bez napędu.
Kiedyś - gdy nie było telefonów komórkowych, radiotelefonów i internetu - my, łodziarze, mieliśmy po prostu instynkt samozachowawczy i w sytuacji rosnącej wody wialiśmy w bezpieczne miejsca zabezpieczając obiekty porządnymi linami - czasem podwójnie. Ale kto teraz ma tę wiedzę przekazać? Kto ma tych zasad uczyć? Kiedy w Polsce skończy się bylejakość i prowizorka w każdej niemal dziedzinie?
Proszę Zaloguj by zagłosować.
Kliknij przycisk `Akceptuję`, aby ukryć ten pasek. Jeśli będziesz nadal korzystać z witryny bez podjęcia żadnych działań, założymy, że i tak zgadzasz się z naszą polityką prywatności. Przeczytaj informacje o używanych przez nas Cookies