Prof. Maciej Zalewski z Uniwersytetu Łódzkiego jest wieloletnim ekspertem ONZ, szefem Europejskiego Regionalnego Centrum Ekohydrologii UNESCO w Łodzi, członkiem Krajowej Rady Gospodarki Wodnej przy ministrze środowiska, Komitetu Gospodarki Wodnej Polskiej Akademii Nauk oraz Komitetu Ekologii PAN. Wbrew wielu ekologom, twierdzi, że małe tamy młynów i elektrowni na rzekach mogą mieć dobry wpływ na środowisko naturalne i jednocześnie zmniejszać falę powodziową.
To właśnie młyny zatrzymywały część wody z opadów, zmniejszając tym samym falę powodziową. Potem zgromadzona w ten sposób woda przesączała się do otaczającego gruntu. Dzięki temu zwiększały się zasoby wód gruntowych i podziemnych, które później były stopniowo uwalniane do rzek. To stabilizowało przepływy wody w rzekach, sprawiało, że ich poziom nie obniżał się w czasie suszy tak drastycznie, jak zdarza się to dzisiaj. 
Wywiad z prof. Maciejem Zalewskim* orędownikiem budowania na polskich rzekach tam i elektrowni wodnych, które nie będą miały negatywnego wpływu na środowisko naturalne i pozwolą nam skuteczniej bronić się przed powodziami i suszami.
Wbrew wielu ekologom, twierdzi pan, że tamy na rzekach mogą mieć dobry wpływ na środowisko naturalne i jednocześnie zmniejszać falę powodziową. Dlaczego?
Ludzie często mówią, że dawniej było u nas dużo więcej ryb w rzekach. I mają rację. Wie pan dlaczego? Dzięki tysiącom młynów piętrzącym wodę. To właśnie młyny zatrzymywały część wody z opadów, zmniejszając tym samym falę powodziową. Potem zgromadzona w ten sposób woda przesączała się do otaczającego gruntu. Dzięki temu zwiększały się zasoby wód gruntowych i podziemnych, które później były stopniowo uwalniane do rzek.

To stabilizowało przepływy wody w rzekach, sprawiało, że ich poziom nie obniżał się w czasie suszy tak drastycznie, jak zdarza się to dzisiaj. Ta sytuacja sprzyjała rybom. Działo się tak, ponieważ przy młynach na ogół budowano drugie koryto rzeczne, tzw. młynówkę, nazywaną też kanałem ulgi, którym miał spływać nadmiar wody podczas powodzi. A jako, że nie było ono przegrodzone tamą, mogły nim swobodnie przemieszczać się ryby. Dzięki temu ich migracje nie były zakłócone. Poza tym niektóre młynówki miały tak szybki nurt, że doskonale czuły się w nich na przykład brzany, którym dziś grozi wyginięcie.

Młyny charakteryzował jeszcze jeden dodatkowy atut. Podczas spływania roztapiającej się kry i lodu ryby kryły się w usytuowanych przy młynach stawach.
Ale jak mają się dawne młyny do współczesnych wielkich zapór rzecznych?
Otóż nowe zapory mogą pełnić te wszystkie pozytywne funkcje, które pełniły młyny. Pod warunkiem jednak, że będą budowane inaczej niż obecnie. To znaczy, że będą wyposażane w kanały ulgi, którymi ryby będą mogły swobodnie wędrować. Wtedy takie tamy i elektrownie będą nie tylko nie szkodzić środowisku, ale wręcz mu pomagać.
W jaki sposób?
Nie ma nic groźniejszego dla przyrody, dla jej bioróżnorodności, od deficytu wody. Gdy on występuje, ekosystemy stają się dużo uboższe. Tymczasem zmiany klimatyczne mają w Polsce nasilić susze latem i zwiększyć ich częstotliwość, a zarazem nawet o 70 proc. zwiększyć opady zimą i wiosną. W letnich miesiącach w naszych rzekach może płynąć dwa razy mniej wody niż dziś. Zimą i wiosną będzie częściej dochodzić do powodzi. Z tych powodów będziemy musieli budować dużo zbiorników wodnych, magazynujących wodę z opadów deszczu i roztapiającego się śniegu. Tego nie da się u nas uniknąć.

Zbiorniki mają jeszcze inne zalety. Po pierwsze zatrzymują część zanieczyszczeń płynących w rzekach. Te zanieczyszczenia osadzają się na dnie oraz przy brzegach sztucznych akwenów. Można je w przyszłości stamtąd wydobywać i wykorzystywać jako nawóz do plantacji roślin energetycznych. Po drugie mogą być optymalnym źródłem prądu dla małych miejscowości. Dlatego nowe zapory trzeba będzie łączyć z elektrowniami wodnymi, bo dochody z produkcji prądu pokryją część kosztów budowy i eksploatacji tam. Poza tym dzięki temu uzyskamy sporą ilość czystej energii, której wytwarzaniu nie będzie towarzyszyć emisja gazów cieplarnianych.
Wracając do zagrożenia powodziowego. Co pan proponuje?
Zacząłbym od rzeczy najprostszych. Po pierwsze od sporządzenia mapy przepuszczalności gleby w Polsce. Pokazałaby ona na przykład, gdzie jest glina, która nie przepuszcza wody i w związku z tym jest tam większe ryzyko podtopień. Po drugie przydałaby się też analogiczna mapa nachylenia terenu. Potem należałoby się zastanowić, jak wodę zatrzymać już na samym początku, czyli jak spłaszczyć falę powodziową. W tym celu należy się zastanowić gdzie można wkomponować zbiorniki zaporowe, wykorzystać zagłębienia terenu i poldery, w których gromadziłaby się woda.

Innymi słowy przydałby się program małej retencji z prawdziwego zdarzenia. Niestety na razie właściwie go nie ma. Ponadto zbiorniki wodne powinny pojawiać się także w miastach, których powierzchnia jest w dużej mierze zabetonowana i wyasfaltowana, co o parę procent zwiększa falę powodziową. A często przecież te parę procent decyduje, czy jakiś teren zostanie zalany czy nie. Potrzebna byłaby więc kampania edukacyjna, w której na przykład namawiano by ludzi do wypuszczania wody z rynien za pomocą rur pod trawnik. Tak, żeby nie spływała od razu do kanalizacji. To jest rozwiązanie proste i mało kosztowne. Bardzo pozytywną rolę w łagodzeniu powodzi i susz mogłyby odgrywać również tak zwane zadrzewienia śródpolne. Z jednej strony bowiem zmniejszają one parowanie wody z ziemi, a z drugiej korzenie drzew zwiększają przepuszczalność gleby. Dlatego powinno powstawać jak najwięcej takich zadrzewień.
Zalesianie rzeczywiście może pomóc?
Pamiętajmy, że powierzchnia ziemi została drastycznie zmieniona przez cywilizację. Kiedyś pokrywały ją w większości lasy, które zmniejszały zmienność klimatu, buforowały jego wpływ na środowisko. Im mniej terenów pokrytych naturalną roślinnością, tym większe ryzyko katastroficznych zjawisk, takich jak powodzie, susze czy huragany. Las magazynuje wodę, a woda pochłania ciepło. To dlatego w lesie jest zawsze dużo chłodniej niż na otwartej przestrzeni, na przykład na polu.

Parowanie wody z ziemi, a wraz z nim opady, zwiększają się w wyniku podwyższania temperatury i prędkości wiatru. Las tę prędkość spowalnia. Zamieniając lasy na uprawy czy zabudowę zmieniamy bilans cieplny Ziemi, doprowadzamy do zmian klimatycznych, zwiększamy też ryzyko klęsk żywiołowych. Wycinanie Puszczy Amazońskiej skutkuje między innymi częstszymi huraganami w tamtej części świata. Na szczęście, łagodzenie tych zjawisk nie musi wcale pociągać za sobą wielkich wyrzeczeń, działań radykalnych.
Co ma pan na myśli?
Kiedyś ochrona środowiska oznaczała na przykład zakaz wstępu do rezerwatu. Dziś umiemy już harmonizować ochronę przyrody z potrzebami człowieka, chociażby podnosząc odporność naturalnych ekosystemów na nasz wpływ. Takie działania są w naszym interesie. Dlatego aby Polska miała bezpieczną przyszłość i nie dała się zepchnąć w cywilizacyjną i materialną zapaść, musimy zrobić wszystko, by nie dotykały nas takie katastrofy jak powódź.

Moim zdaniem retencja nie tylko dałaby nam większe szanse na zapobieganie powodziom, ale też sprzyjała zdrowiu, zachęcając mieszkańców do wyjścia z domu, rekreacji i uprawiania sportu nad wodą. Musimy też znacząco zmniejszyć energochłonność naszej gospodarki. A lokalne, choćby niewielkie elektrownie wodne mogłyby się znakomicie do tego przyczynić.
* Prof. Maciej Zalewski z Uniwersytetu Łódzkiego jest wieloletnim ekspertem ONZ, szefem Europejskiego Regionalnego Centrum Ekohydrologii UNESCO w Łodzi, członkiem Krajowej Rady Gospodarki Wodnej przy ministrze środowiska, Komitetu Gospodarki Wodnej Polskiej Akademii Nauk oraz Komitetu Ekologii PAN.
Rozmawiał Jacek Krzemiński - www.supermozg.gazeta.pl
Proszę Zaloguj by zagłosować.
Kliknij przycisk `Akceptuję`, aby ukryć ten pasek. Jeśli będziesz nadal korzystać z witryny bez podjęcia żadnych działań, założymy, że i tak zgadzasz się z naszą polityką prywatności. Przeczytaj informacje o używanych przez nas Cookies