Ekolodzy winni powodziom?

30.06.2009
Pod takim tytułem dzisiejszy serwis Wirtualnej Polski zamieścił wywiad z naszym Kapitanem i Dyrektorem programowym Stowarzyszenia "Teraz Odra" na temat powodzi, zawierający między innymi krytykę obstrukcyjnych działań niektórych kręgów "ekologów". Wywiad zamieszczamy poniżej.

Głównym akcentem wywiadu był fakt niezrealizowania założeń "Programu dla Odry - 2006" dotyczących zapobiegania powodziom w dorzeczu Odry - w tym budowy zbiornika w Raciborzu, który już podczas tej powodzi powinien pełnić swoją rolę. Nie zrealizowano także wielu innych inwestycji objętych tym projektem.

Pod takim tytułem dzisiejszy serwis Wirtualnej Polski zamieścił wywiad z naszym Kapitanem i Dyrektorem programowym Stowarzyszenia "Teraz Odra" na temat powodzi, zawierający między innymi krytykę obstrukcyjnych działań niektórych kręgów "ekologów". Wywiad zamieszczamy poniżej.

Głównym akcentem wywiadu był fakt niezrealizowania założeń "Programu dla Odry - 2006" dotyczących zapobiegania powodziom w dorzeczu Odry - w tym budowy zbiornika w Raciborzu, który już podczas tej powodzi powinien pełnić swoją rolę. Nie zrealizowano także wielu innych inwestycji objętych tym projektem.

Przez ostatnie dni sytuacja na południu Polski znacznie się pogorszyła. Z wielką wodą walczą mieszkańcy Opolszczyzny, Dolnego Śląska, Podkarpacia i części Małopolski. W nocy zalało też część Mazowsza i Wielkopolski, a podwyższony poziom odnotowano na Lubelszczyźnie. Zdaniem Andrzeja Podgórskiego, eksperta ze stowarzyszenia "Teraz Odra", w dużej mierze tej sytuacji winni są ekolodzy, którzy torpedują wszelkie inwestycje mające zapobiegać powodziom.

Agnieszka Niesłuchowska: - Od kilku dni na południu Polski cały czas leje. Mieszkańcy zalanych terenów nie radzą sobie z żywiołem, a ma padać jeszcze do środy. Może być jeszcze gorzej?

Andrzej Podgórski, Stowarzyszenie "Teraz Odra": Najgorsza sytuacja jest na Odrze, dlatego, że jej dopływy mają początek w Sudetach, gdzie opady były najbardziej intensywne. Na wielu z tych rzek nie ma żadnych zbiorników retencyjnych. Jeśli nadal będzie padać w Kotlinie Kłodzkiej i Sudetach, to możemy mieć do czynienia z kolejnymi katastrofami w tym regionie. Myślę, że powódź nie będzie rozprzestrzeniać się na kolejne województwa.

Czy bilans tegorocznej powodzi może być podobny do pamiętnej powodzi z 1997 roku?

- Aż tak straszny nie będzie, ale trzeba zwrócić uwagę na fakt, że teraz Odra w obszarze ujścia Nysy Kłodzkiej zaczyna przekraczać stany alarmowe i może być niebezpiecznie. Na końcowy szacunek strat trzeba jednak poczekać, bowiem dopiero gdy powódź ustępuje, zaczynają się walić podmyte domy, sypią się drogi, mosty i linie kolejowe. Straty materialne oszacowane później będą więc znacznie wyższe, niż mówi się w tej chwili.

Czy polscy specjaliści i urzędnicy wyciągnęli jakieś wnioski z gigantycznej powodzi sprzed dwunastu lat? Coś się zmieniło od tamtego czasu?

- Sądzę, że nie, bo nauka, którą wyciągnięto zamknęła się tym, że dzięki unijnej pomocy udało się nam się jedynie naprawić szkody po tamtej powodzi. Powstało ok. tysiąca kilometrów wałów przeciwpowodziowych, ale to wciąż za mało.

Czego nie zrobiono?

- Naprawy powinny iść w parze z inwestycjami. Po tamtej powodzi, w 1999 roku rząd opracował specjalny dokument - Program dla Odry - 2006, którego założeniem była szeroko pojęta ochrona przeciwpowodziowa obejmująca całe dorzecze Odry. W ramach tej inicjatywy zapowiedziano m.in., że powstanie zbiornik retencyjny w Raciborzu. Jak dotąd jednak nawet nie rozpoczęto budowy. To bardzo poważny błąd.

Dlaczego ten zbiornik jest tak ważny?

- Zadaniem zbiornika retencyjnego jest przechwytywanie nadmiaru wody gdy jest jej za dużo i alimentację rzeki gdy jej brakuje. Każdego lata, gdy opady deszczu na południu Polski podnoszą stan wód dorzecza Odry, Czesi także spuszczają do nas Odrą wodę ze swoich zbiorników. Gdyby działał zbiornik raciborski, nie musielibyśmy się bać, że woda z czeskiego odcinka Odry nas zaleje. Gdyby zaś takich zbiorników było więcej, byłaby szansa złagodzenia skutków powodzi. Są bowiem rzeki, które wydają się niegroźne, np., Ślęza, Bystrzyca, Oława, Osobłoga, a w praktyce okazują się nieprzewidywalne i potrafią zalać kilka miasteczek przez jeden dzień. Od dawna walczymy, aby takie zbiorniki powstawały, ale wszelkie inwestycje tego typu są torpedowane przez ekologów, którzy protestują przeciw ich tworzeniu.

Dlaczego ekolodzy są przeciwni zbiornikom retencyjnym?

- Bo uważają, że odkąd ludzie zaczęli ingerować w rzeki, spotykają nas powodzie. To jednak nie tak. Przecież ludzie nie tylko regulują i obwałowują rzeki, tworzą zbiorniki retencyjne, ale wycięli przecież mnóstwo lasów, obniżyli poziom wód gruntowych meliorując bagna itd.. Jeśli zatem już raz zaingerowaliśmy w naturę, zasiedliliśmy tereny nadrzeczne, zbudowaliśmy tam miasta i zakłady przemysłowe, to musimy chronić te nasze siedliska przed powodzią. Pamiętajmy, że niemal połowa ludności Polski mieszka nad rzekami. Ekolodzy uważają jednak inaczej i wymyślają wiele absurdalnych koncepcji.

To znaczy?

- Proponują całkowite rozebranie umocnień i wałów przeciwpowodziowych nazywając to renaturyzacją rzek. Z kolei stworzone niegdyś ręką człowieka ekosystemy stały się nagle obiektem zainteresowania ekologów i objęto je programem "Natura-2000". Wystarczy tu wskazać stawy rybne w Miliczu czy np. sztuczny zbiornik w Czorsztynie zbudowanym przez elektrownię Niedzica - nie bez protestów ekologów. Kiedy zbiorniki stworzone przez człowieka zasiedliły różne gatunki zwierząt, obiekty zostały objęte ochroną. Oznacza to, że nie można w nich nadal inwestować i prowadzić działalności dla której zostały stworzone. Nie można tam więc także ani podwyższać, ani naprawiać wałów przeciwpowodziowych. Nie wspomnę o stopniu wodnym w Malczycach, bo to jest już skandal. Przez niemal 12 lat ciągnącej się przy protestach ekologów budowy - kanały, które prowadziły do nowo wybudowanej i jeszcze nie oddanej do użytku śluzy… zarosły na nowo lasem.

No dobrze, ale chyba nie tylko ekologowie są winni. Szereg zagrożeń wynika także z niedbalstwa urzędników.

- Działania ekologów są na rękę urzędnikom. Ci drudzy mają dzięki protestom przeciw inwestycjom dobre usprawiedliwienie dla swojego "nic-nierobienia". O tym, jak działają urzędnicy zajmujący się naszymi rzekami i jak zgodnie z hasłami ekologów "pozostawianie porządku naturze" mści się w przyszłości - można się przekonać podczas obecnej powodzi. W Lewinie Brzeskim - mieście w woj. opolskim. wezbrane wody Nysy Kłodzkiej utworzyły zator z nie uprzątniętych z jej koryta jeszcze od czasu powodzi w 1997 pni i konarów drzew. Zator stwarza ogromne niebezpieczeństwo dla znajdującego się tu mostu kolejowego. Walczą z nim właśnie strażacy i saperzy.

Jakie inne działania urzędników uważa pan za niewłaściwe?

- Wzdłuż Odry stworzono podczas jej "cywilizowania" wiele obszarów - tzw. polderów, które powinny być wyłączone z jakiegokolwiek użytkowania poza wypasem bydła. Poldery służą do przechwytywania fali powodziowej (poprzez ich zalanie). W okresie PRL zasiedlono jednak te tereny. Tak powstało np. osiedle Zaodrze w Opolu, które podczas powodzi w 1997 roku zostało zalane do pierwszego piętra. Takich zagrożonych miejsc mieszkalnych jest więcej, choć urzędnicy, którzy wydali kiedyś zgodę na zabudowę, doskonale wiedzieli co może się wydarzyć. To nas czegoś nauczyło i na szczęście dziś wydaje się mniej pozwoleń na budowę na terenach zalewowych.

A jak pan ocenia działania sztabów kryzysowych?

- Co to za sztab, który składa się - powiedzmy - z wiceburmistrza, strażaka i wojskowego? Nie ma tam ani jednego hydrologa, meteorologa czy specjalisty od budownictwa hydrotechnicznego. Nie ma ani jednej osoby zdolnej przewidywać i zapobiegać… Są tylko ci od skutków. Śmieszy mnie, gdy w słyszę wypowiedź przedstawiciela sztabu, który mówi, że sytuacja w danym regionie jest monitorowana. W praktyce oznacza to bowiem, że w sztabie przy telefonie siedzi strażak, który odbiera zgłoszenia, że gdzieś coś zalało. U naszych sąsiadów Niemców wszystko działa zupełnie inaczej.

Jak?

- Tam służby rzeczne są inaczej zorganizowane. Rzeki są administrowane przez urzędy specjalnie do tego stworzone. Mają doskonałą bazę informacji, pomiarów stanów wody, bo tam pracują specjaliści. Na podstawie wieloletnich analiz informacja o zagrożeniu znacznie wyprzedza podejmowane lokalnie działania i daje czas na zabezpieczenie się. Jeśli nie nauczymy się radzić sobie z powodziami, to prawdopodobnie będziemy musieli w przyszłości opuścić te najbardziej powodziami zagrożone tereny i przenieść się gdzie indziej.

A może powinniśmy zatrudnić specjalistów z Niemiec?

- Prędzej z Holandii. Oni mają zresztą takie powiedzenie, że "Bóg stworzył świat, ale Holandię stworzyli Holendrzy". Jest w tym zawarta prawda, bo to jest naród świetnie zorganizowany potrafiący wydrzeć morzu obszar pod własne cele. Poradzili sobie też z powodziami. Zbudowali obwałowania, śluzy, przepusty i wiatraki, które przepompowywały wodę z jednego miejsca w drugie. O tym, jakich genialnych mają specjalistów przekonaliśmy się również w przeszłości my - Holendrzy pomagali nam przecież m.in. w regulacji rzek dla celów żeglugi, w budowie kanałów, śluz, jazów, stawów rybnych czy małych elektrowni wodnych. Niestety dziś wiele z tych urządzeń jest zdewastowanych a resztki konstrukcji przepustów rozkradanych przez złomiarzy.

Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji zapowiedziało odszkodowania dla powodzian. W sumie resort przeznaczy 65 mln złotych na ten cel. Czy taka kwota jest wystarczająca?

- Sądzę, że lepiej byłoby wcześniej inwestować w skuteczne rozwiązania, jak choćby wspomniane przeze mnie wcześniej zbiorniki retencyjne. Sieć małych zbiorników zwłaszcza na górskich dopływach rzek to rozwiązania, które sprawdzają się we Francji, Holandii czy Niemczech. Nie mówimy tu o gigantycznych tamach i zalewaniu całych dolin a raczej o "tamach bobrowych".

A czy w przyszłości jesteśmy w stanie uniknąć powodzi?

- Nie, ponieważ powodzie zawsze były i będą. Nie potrafią ich przewidzieć nie tylko kraje słabo zorganizowane, ale także bogatsze, jak Niemcy czy Austria. Ale możemy nauczyć się przed nimi chronić możliwie skutecznie.

Rozmawiała Agnieszka Niesłuchowska - Wirtualna Polska
Andrzej Podgórski - dyrektor ds. programowych Stowarzyszenia na Rzecz Gospodarczego Rozwoju Dorzecza Odry "Teraz Odra"

Źródło: Wirtualna Polska
alhenag 30.06.2009 5,481

17 komentarzy

Dodaj lub popraw komentarz

Zaloguj się, aby napisać komentarz.
  • Apis
    Apis
    W serwisie WP.PL tytuł zmieniono już po publikacji i brzmi on obecnie:
    Kto robi interes na powodziach?
    Jakiś ekolog interweniował?
    - 30.06.2009 18:37
    • Greg
      Greg
      A czy ktoś zauważył, że tzw. "ekolodzy" protestują, protestują, protestują... do pewnego momentu, po którym nagle cichną i znikają z drzew.

      I tym momentem powinno się zająć CBA
      - 30.06.2009 21:14
      • koj
        koj
        Panowie nie jest źle, jeszcze dwa lata temu na temat przyczyn powodzi wypowiadałby się na WP.PL jakiś nawiedzony "ekolog",
        Gratulacje Panie Andrzeju, nie można pozwolić,by debatę dot. gospodarki wodnej zdominowali ludzie który jej nienawidzą.
        Pozdrawiam
        koj
        - 01.07.2009 12:50
        • Trawers
          Trawers
          Ludzie, trzymajcie mnie, bo pęknę ze śmiechu....

          Stefan Bartosiewicz, dyrektor ds. technicznych w Regionalnym Zarządzie Gospodarki Wodnej we Wrocławiu stwierdził, że:
          Powodziom winni są niemieccy osadnicy
          Od kilku dni mieszkańcy południowej Polski toczą nierówną walkę z żywiołem. Ulice zamieniają się w rwące potoki, wezbrane rzeki zrywają mosty, podmywają drogi. Dlaczego znów dotknięty przez kataklizm jest Dolny Śląsk? To wina niemieckich osadników z XVIII wieku.

          Marcin Zieliński: - Dlaczego Dolny Śląsk tak często nękają powodzie?
          Stefan Bartosiewicz: - To przez błąd popełniony przed 250 laty. Po wojnach śląskich w latach 1740-1745, w których Austria straciła te ziemie na rzecz Prus, na Dolny Śląsk zostali sprowadzeni osadnicy niemieccy. Nie znali specyfiki tych terenów, dlatego zaczęli budować miasta wzdłuż rzek na obszarach zalewowych.

          Czegoś takiego nie ma w innych częściach Polski - nawet jeśli miasta są przy rzekach, to najczęściej na wzgórzach, bo budowali je rdzenni mieszkańcy, znający okolicę. Takiej wiedzy zabrakło osadnikom. Kiedy przekonali się, że powodzie powtarzają się regularnie, miasta już stały. Ich mieszkańcom szkoda było je porzucać, więc mozolnie po każdym zalaniu je odbudowywali. Gdy w 1945 roku te tereny wróciły do Polski, odziedziczyliśmy problem.

          Źródło: Dziennik 2009-06-29
          - 02.07.2009 08:03
          • M
            Marand
            Prosze, jakich to madrych i kompetentnych dyrektorow zatrudnia RZGW. Pan Bartosiewicz z pewnoscia zasluguje na wielka pochwale. Ciekawe,jakie to szkoly konczyl nasz pan dyrektor. Wlasnie oglosil swiatu, ze w tej czesci Europy zaczeto budowac miasta nad rzekami calkiem niedawno.
            - 02.07.2009 09:13
            • Teos
              Teos
              W sumie idea proponowana przez tego Pana jest genialna. Ponieważ nie ma kawałka Polski która by kiedyś nie była pod okupacją, dzisiaj można wszystkie nieszczęścia przypisać dawnym zaborcom ;-) Idąc tym tropem proponuję by Pan Bartosiewicz wystąpił do Niemców o odszkodowanie za straty powodziowe - w końcu to ich wina :-) :-) :-)
              - 02.07.2009 10:26
              • marek56
                marek56
                Proponuję jeszcze dodać do tego odszkodowania za gradobicia, trzęsienie ziemi i koklusz. A co, winny tych nieszczęśc też musi być :-)
                pozdrawiam
                - 02.07.2009 12:09
                • E
                  egonzeglarz
                  po prostu oddajmy im to wszystko !........oni doskonale wiedzą co z tym zrobić.....................w przeciwieństwie do ludzi pokroju p.Bartosiewicza
                  - 02.07.2009 13:46
                  • koj
                    koj
                    Dziennik Polski czwartek 2 lipca 2009 Kraków - Małopolska - Podkarpacie / nakład 37 769 EGZ./
                    W prostym zwierciadle
                    EKOLODZY MAJĄ RACJĘ !
                    P.Andrzej Podgórski, ekspert ze stowarzyszenia "Teraz Odra" twierdzi, że szkodom powodziowym "w dużej mierze winni są ekolodzy, którzy torpedują wszelkie inwestycje mające zapobiegać powodziom"
                    Nie ma racji. Przynajmniej w połowie.
                    Przyczyną szkód powodziowych są istotnie wały przeciw powodziowe: zbierają one wodę tam, gzie spowodowałaby małą powódź - i kierują w dół, gdzie powoduje ona dużą powódź.
                    Tytuł artykułu "Kto robi interes na powodziach?" sugeruje, że interes robią ekolodzy. Nie: interes robią firmy sypiące wały! I zależy im na tym, by sypać i sypać- i by podatnik płacił, płacił i płacił...
                    Natomiast p. Podgórski ma rację, że zbiorniki retencyjne są jak najbardziej pożyteczne. I w niczym nie szkodzą "środowisku". Środowisko wodne to takie samo dobre środowisko jak łąka czy las. I jeśli ekolodzy protestują przeciwko tym zbiornikom - to trzeba ich protesty po prostu ignorować.
                    Bo ważna jest racja - a nie to, kto protestuje i kto ma interes!
                    Janusz Korwin-Mikke
                    e-mail: redakcja@dziennik.krakow.pl
                    - 02.07.2009 15:02
                    • koj
                      koj
                      Pewnie Kapitan mnie udusi, ale muszę to dodać....
                      01.07.2009 Polska - Gazeta Wrocławska - The Times
                      Powrót do natury uratuje nas przed falą

                      Z Robertem Wawrętym, inżynierem środowiska, prezesem fundacji Towarzystwo na rzecz Ziemi, rozmawia Mira Suchodolska
                      Zmarnowaliśmy te dwanaście lat, które minęły od ostatniej wielkiej powodzi. Owszem, wybudowaliśmy trochę wałów przeciwpowodziowych, wyprostowaliśmy setki kilometrów rzek, ale nie na wiele się to zdało. Zwłaszcza że te metody uznawane są już na świecie za przestarzałe.
                      Bo dotychczasowe powodzie radykalnie zmieniły w wielu państwach poglądy na metody ochrony przeciwpowodziowej. Wpłynęły na to z jednej strony nieskuteczność i zawodność tradycyjnych środków ochrony przeciwpowodziowej, a z drugiej - potrzeba ochrony cennej przyrody dolin rzecznych. Dziś Europa realizuje kompleksowe programy ochrony przeciwpowodziowej. Szczególne osiągnięcia mają tutaj Niemcy.

                      Bo też Niemcy są krajem, który chyba najbardziej ucierpiał z powodu powodzi. Mam tu na myśli zwłaszcza Ren: najpierw został uregulowany, potem systematycznie wylewał, niszcząc m.in. stare miasto w Kolonii. Teraz nasi zachodni sąsiedzi starają się doprowadzić rzekę do stanu naturalnego - odzyskują tereny zalewowe, niegdyś mu odebrane, poszerzają obwałowania, aby rzeka, wylewając, powodowała jak najmniejsze straty.
                      Z Renem to było tak, że w celu poprawienia jego żeglowności w latach 1928-1977 uregulowano górny odcinek biegu tej rzeki od Bazylei aż do Iffezheim i zbudowano na nim 10 stopni energetycznych i obwałowano. Wycięto przy tym lasy łęgowe, które rosną właśnie w dolinach rzek i są naturalnym rezerwuarem wód powodziowych. Z tego powodu znacznie zmniejszyło się bezpieczeństwo przeciwpowodziowe dla obszaru na północ od zapory Iffezheim. Miasta, które przed 1955 r. były zalewane przez powódź raz na 200 lat, są obecnie zagrożone nawet co 50 lat. Teraz z tej przesadnej regulacji rzeki trzeba ograniczyć. Dzięki pracom prowadzonym w ramach zintegrowanego programu Renu zamierza się osiągnąć stan bezpieczeństwa powodziowego, jaki na tym obszarze istniał przed budową stopni wodnych. Planuje się też znaczne odtworzenie połaci łęgów nadreńskich.

                      To przedsięwzięcie wymagające wielkiej pracy i równie wielkich nakładów finansowych.
                      Ale się opłaca. Na terenie Niemiec i Francji przewidziano odzyskanie 6,8 tys. hektarów powierzchni umożliwiającej przyjęcie 260 mln metrów sześciennych wody, z czego aż 170 mln metrów przypada na obszar Badenii-Wirtembergii. Uzyskanie tego efektu będzie możliwe między innymi dzięki budowie szeregu polderów, czyli swojego rodzaju bocznych zbiorników retencyjnych, oraz odsunięciu obwałowań od rzeki. Interesującym przedsięwzięciem jest też metoda zwiększenia zdolności do zatrzymywania wody w okolicach Breisach. Zaplanowane prace obejmują poszerzenie terasy zalewowej na prawym brzegu górnego Renu.

                      Chodzi o to, aby zwiększyć obszar, gdzie woda może się swobodnie rozlewać, nie czyniąc krzywdy ludziom.
                      Chodzi o to, żeby oddać rzece przestrzeń i obniżyć wysokość fali powodziowej. Jeśli woda nie zalewa siedzib ludzkich, trudno przecież mówić o powodzi, prawda? Dlatego w rejonie Breisach dla uzyskania ok. 25 mln metrów sześciennych pojemności retencyjnej na powierzchni ok. 500 ha przewiduje się wybranie ok. 28 mln metrów sześciennych żwiru. Rozwiązanie to w prosty sposób pokazuje, że retencję można również uzyskiwać, niekoniecznie budując nowe obiekty hydrotechniczne.
                      Wiem, że nie tylko nad Renem próbuje się wykonać podobne prace.
                      W całych Niemczech prowadzone są podobne programy. Na przykład program ochrony przeciwpowodziowej w Rotenburgu nad Fuldą. Został opracowany pod wpływem katastrofalnych powodzi, które nawiedziły ten teren w latach 1984 i 1995. A stało się tak dlatego, że począwszy od XVII w., koryto Fuldy było przekształcane w wyniku meliorowania i regulacji brzegów. W ramach programu ekologicznej ochrony przeciwpowodziowej powstało ok. 20 ha płycizn, 20 ha terenów bagiennych oraz ok. 20 ha lasów łęgowych. Zaplanowano poszerzenie sztucznego koryta rzeki. Realizacja wszystkich zaplanowanych działań pozwoli na obniżenie wysokości fali powodziowej z 1995 r. o ok. 60 cm. W całych Niemczech budowane są poldery, poszerzane są obwałowania oraz prowadzone są na szeroką skalę działania z zakresu renaturyzacji rzek. Działa się także na rzecz tzw. odpieczętowywania środowiska, czyli zamiany nieprzepuszczalnych pokryć gruntów użytych np. do budowy parkingów na bardziej przepuszczalne, umożliwiające wsiąkanie wody do gleby.

                      A jak wygląda to w Polsce?
                      U nas uderzająca jest anachroniczność myślenia i działania. Ochrona przeciwpowodziowa polega przede wszystkim na regulowaniu rzek, budowie bądź dalszym podwyższaniu obwałowań oraz budowie zbiorników zaporowych. Są to działania przypadkowe, chaotyczne, niewynikające z kompleksowych planów ochrony przeciwpowodziowej. Jeśli już z czegokolwiek wynikają, to z układów politycznych i silnej presji lokalnych społeczności, którym od lat wmawia się, że jedyną skuteczną formę ochrony stanowi zabudowa rzek. W rezultacie projekty regulacji przekształcają małe cieki w rowy melioracyjne o trapezowym przekroju koryta. Powoduje to łańcuch negatywnych skutków, m.in. intensyfikację zjawisk powodzi i suszy, a także nakręcanie spirali dodatkowych nakładów finansowych potrzebnych na utrzymanie już wykonanych obiektów (często "chroniących" pastwiska i inne użytki zielone) i likwidację ich ujemnych oddziaływań. Za szczyt absurdu należy uznać prace wykonywane pod hasłem ochrony przed powodzią na wysokości fragmentów lasów łęgowych wymagających okresowych zalewów, a także innych podmokłych siedlisk. Tym wszystkim działaniom prowadzącym w wielu przypadkach do zwiększenia zagrożenia powodziowego towarzyszy zabudowa terenów zalewowych. Cóż z tego, że wykonujemy tzw. mapy terenów zalewowych informujące ludzi o ryzyku zagrożenia powodzią, skoro w bezpośrednim sąsiedztwie rzek i potoków pojawiają się kolejne domostwa. Zapisy prawa polskiego okazują się bowiem zbyt miękkie, ponieważ nie wynika z nich bezwzględny zakaz inwestowania w terenie zalewowym, co w konsekwencji prowadzi do wzrostu strat materialnych podczas powodzi.

                      Myśli Pan, że w Polsce możliwa jest efektywna i przyjazna środowisku ochrona przeciwpowodziowa?
                      Oczywiście, że tak. Uważam na przykład, że powinno się ograniczyć zakres prac przewidzianych w programie "Poprawa bezpieczeństwa przeciwpowodziowego Wisły Środkowej od Koszyc do Płocka", który ma kosztować 66 mln euro, a obejmuje budowę i modernizację ostróg nadwiślańskich oraz podwyższenie obwałowań. W zamian lepiej jest wybudować, jak proponuje nasze stowarzyszenie, cztery poldery w miejscowościach: Świeciechów, Gołąb, Stężyca i Holendry Kuźmińskie. Z naszych wyliczeń wynika, że gdyby na Wiśle pojawiła się taka duża powódź jak ta z 1962 r., to tylko w rejonie Warszawy uzyskalibyśmy efekt jej redukcji w granicach 40-50 cm. To naprawdę dużo.

                      Panie Robercie Wawręty - to w końcu jak wygląda ta sławna renaturalizacja Renu?, cały czas Pan wmawia, że rozbierają tam wybudowane stopnie wodne...
                      - 02.07.2009 16:31
                      • M
                        Marand
                        Widac ze Pan Robert Wawrety to nastepny "fachowiec" po dyrektorze Bartosiewiczu i Panu Korwin-Mikke, ktory nie zdaje sobie sprawy o czym mowi.
                        - 02.07.2009 17:10
                        • Teos
                          Teos

                          Cytat

                          Zmarnowaliśmy te dwanaście lat, które minęły od ostatniej wielkiej powodzi. Owszem, wybudowaliśmy trochę wałów przeciwpowodziowych, wyprostowaliśmy setki kilometrów rzek, ale nie na wiele się to zdało.

                          Hmmm, czy ja o czymś nie wiem ???
                          No koledzy, przyznajcie się który po cichu wyprostował te setki kilometrów rzek i się nie pochwalił ;-)
                          - 02.07.2009 19:32
                          • Greg
                            Greg
                            W ten sposób od dawna robi się - nomen omen - wodę z mózgu społeczeństwu. Chyba raczej zwoje mózgowe się komuś prostują... Przypomnę treść newsa "Teraz Odra wpłynie na Wrocław" ze strony "Stowarzyszenia Teraz Odra":

                            Cytat

                            Dziś na pierwszy ogień inwestycji pójdą te miejsca, które jeszcze kilka lat temu były terenami przeznaczonymi pod zalew w wypadku powodzi. Ceny gruntów we Wrocławiu znacząco wzrosły i teraz miasto chętnie zmienia ich kwalifikację na tereny budowlane. W całym regionie Odry wyznaczono siedem takich miejsc. W samym Wrocławiu są to tereny na Kozanowie nieopodal komendy policji, a także odcinek pomiędzy kładką Zwierzyniecką a wieżą ciśnień. O ten ostatni już walczy kilku inwestorów.

                            Okazuje się, że na świecie i tak nie buduje się już gigantycznych zbiorników, potężnych polderów czy betonowych wałów, które mają chronić przed powodzią. Europa przerabiała to już kilkadziesiąt lat temu. Teraz przywraca się pierwotny wygląd rzek, dzieje się tak na przykład z niemieckim Renem. Na całym świecie nad brzegami rzek wznoszą się wieżowce, powstają restauracje, wystarczy popatrzeć na tętniące życiem brzegi Tamizy czy Sekwany. Czy stolica Dolnego Śląska pójdzie w ślady innych europejskich miast, których brzegi rzek są skupiającymi mieszkańców promenadami? Wszystko wskazuje na to, że tak. To tylko kwestia czasu.


                            Całość: http://www.terazo...readmore=1 - źródło: POLSKA Gazeta Wrocławska
                            Monika Szymańska - 27.11.2008

                            Tak oto wielokrotnie powtarzane bzdury stają się argumentami w wywodach różnych pseudo-ekspertów, a dobrze zaplanowane i wykonane przez niemieckich specjalistów poldery przeciwpowodziowe znikają pod pomnikami głupoty urzędników a te z kolei znikają pod wodą w czasie powodzi. I winni są Niemcy bo przegrali wojnę, a z Jałty przysłano nam mistrzów od gospodarowania (wodami też).!
                            - 02.07.2009 20:20
                            • koj
                              koj
                              Pan Robert Wawręty "sławny" jest z blokowania inwestycji hydroenergetycznych, najchętniej rozebrałby wszystkie budowle hydrotechniczne, nie chcę tego Pana cytować, bo mi się słabo robi...kto chce niech poszuka w sieci...
                              - 02.07.2009 20:47
                              • G
                                GrzegorzG
                                Przejrzałem kilka komentarzy pod wywiadem z Andrzejem. W wiele z nich nie zawsze warto się zagłębiać, bo czasem można się niestety pobrudzić. Rzuciło mi się wszelako w oczy, że dość wielu ludziom regulacja rzeki naprawdę kojarzy się z jej betonowaniem i stąd wniosek, że długa przed nami droga edukacji społeczeństwa.
                                - 03.07.2009 00:28
                                • Apis
                                  Apis
                                  Grzegorzowi chodzi rzecz jasna o komentarze pod moim wywiadem na portalu "Wirtualna Polska", a nie tutaj. Rzeczywiście - niektóre są straszliwie "brudne" ale - o dziwo - przeważają pozytywne i łączna ocena na dziś to 86 głosów "za" przy 116 głosach łącznie. Społeczeństwo jak widać ogłupić się nie daje Grin
                                  - 03.07.2009 20:21
                                  • G
                                    GrzegorzG
                                    Oczywiście nie miałem na myśli naszego statku. Mam nadzieję, że nikt tego nie wziął do siebie. My tu mamy zupełnie inną "klasę czystości wody"; na pokładzie klar, liny zbuchtowane, nawet w sterówce zamiecione Wink
                                    - 04.07.2009 00:47
                                    Ocena zawartości jest dostępna tylko dla zarejestrowanych użytkowników.
                                    Proszę Zaloguj by zagłosować.
                                    Niesamowite! (2)100 %
                                    Bardzo dobre (0)0 %
                                    Dobre (0)0 %
                                    Średnie (0)0 %
                                    Słabe (0)0 %
                                    Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na nasze ustawienia prywatności i rozumiesz, że używamy plików cookies. Niektóre pliki cookie mogły już zostać ustawione.
                                    Kliknij przycisk `Akceptuję`, aby ukryć ten pasek. Jeśli będziesz nadal korzystać z witryny bez podjęcia żadnych działań, założymy, że i tak zgadzasz się z naszą polityką prywatności. Przeczytaj informacje o używanych przez nas Cookies