Awaria na Neckarze

22.03.2009
W środę wieczorem, 18-go marca, wydarzył się na Neckarze w pobliżu Heilbronn nieszczęśliwy wypadek, który na szczęście nie pociągnął za sobą ofiar w ludziach, ale sparaliżował żeglugę na tej rzece na kilka dni. W korku czekało ponad pięćdziesiąt barek, a straty finansowe ich właścicieli są znaczne.

Podczas manewru odcumowania, zaklinowała się dziobowa lina, którą obsługiwała żona kapitana. "Relax" zaczął obracać się na silnym prądzie Neckaru, który w tym miejscu miał szerokość tylko 65 metrów. Zabrakło kilku metrów do całkowitego obrócenia. Barka zaklinowała się między obydwoma brzegami.



W środę wieczorem, 18-go marca, wydarzył się na Neckarze w pobliżu Heilbronn nieszczęśliwy wypadek, który na szczęście nie pociągnął za sobą ofiar w ludziach, ale sparaliżował żeglugę na tej rzece na kilka dni. W korku czekało ponad pięćdziesiąt barek, a straty finansowe ich właścicieli są znaczne.

Co się stało? Holenderska barka motorowa "Relax" (740 ton, 67 m), której kapitanem jest Sjef van Emmerloot (60), a załogantem jego żona Dieny (59), ładowała po raz 28-my paszę dla bydła (otręby pszenne) w młynie kolo Bad Wimpfen, z przeznaczeniem do Rotterdamu i dalej do Wielkiej Brytanii. Podczas manewru odcumowania, zaklinowała się dziobowa lina, którą obsługiwała Dieny. "Relax" zaczął obracać się na silnym prądzie Neckaru, który w tym miejscu miał szerokość tylko 65 metrów. Zabrakło kilku metrów do całkowitego obrócenia. Barka zaklinowała się między obydwoma brzegami tak dokładnie, że nawet kaczka nie przepłynęła.

Oczywiście urządzenia sterowe diabli wzięli! Koniecznym był częściowy odładunek, inaczej ciężkiego statku nie można było ruszyć. Wreszcie w piątek wieczorem "Relax" został usunięty z toru wodnego i Neckar był znów wolny dla żeglugi.



Dla doświadczonego kapitana jakim jest Sjef van Emmerloot, który od piątego roku życia wychowany jest na barce, nie trzynaście, ale dwadzieścia osiem było feralną liczbą. Ma wyrzuty sumienia, chociaż taki wypadek mógł zdarzyć się każdemu. Za naprawę jego statku, która potrwa ok. trzech tygodni zapłaci ubezpieczenie. Chociaż strat, które ponieśli armatorzy z "korka" (ok. 2000 euro dziennie) nikt nie zwróci - w społeczności żeglarskiej na pewno nikt nie jest wściekły na Sjefa, bo dzisiaj twoje a jutro moje...
Mirek Rajski
Apis 22.03.2009 4,441

16 komentarzy

Dodaj lub popraw komentarz

Zaloguj się, aby napisać komentarz.
  • x5
    x5
    To nie pierwszy wypadek tego rodzaju.

    Kilka lat temu na Huncie w drodze do Oldenburga zablokowała się i złamała też holenderska barka.Od tego czasu wprowadzono tam specjalne przepisy nawigacyjne dotyczące odpływów.

    Inny opisywany przeze mnie wypadek z Wesery, gdzie w okolicach Leseringen zablokowała się i złamała w nurcie rzeki "Capella" spowodował zamkinięcie szlaku na kilka miesięcy.

    Tak woda jest żywiołem i muszą sobie zdać z tego sprawę ci, którzy chcą szkolić nowych oficerów nawigatorów...

    Józek W.
    - 22.03.2009 09:25
    • Adam Reszka
      Adam Reszka
      Nasi załoganci już wczesnym rankiem zaglądają na tę stronę internetową, co świadczy o ich związkach emocjonalnych z żeglugowym portalem. Pan Mirek Rajski jak zwykle wyciągnął nam nową ciekawostkę - tym razem z Nekaru, gdzie załogę dużej barki stanowiło małżeństwo. U nas takie tradycyjne układy odeszły w zapomnienie wraz z dekretem z r. 1948 o upaństwowieniu żeglugi. Przez pewien czas na barkach bez napędu takie firmy jak Żegluga na Odrze zatrudniały w załogach małżeństwa (szyper+marynarz), ale wraz z kasacją barek holowanych tradycje te zanikły całkowicie. Marynarze zawsze mieli wyrozumienie dla współkolegów, których statki uległy awarii i wykazywali bezinteresowność w udzielaniu pomocy. Takie postawy są wśród marynarskiej braci silnie zakorzenione i nic sie w tym względzie nie zmieni, bo żeglarska solidarność jest bardzo silna.
      - 22.03.2009 09:53
      • Apis
        Apis
        Mirek przysłał do mnie tekst tego newsa wczoraj. To ja go dodałem dopiero dziś rankiem i przepraszam za opieszałość. Byłem zmęczony wieczorem.
        - 22.03.2009 10:53
        • Adam Reszka
          Adam Reszka
          Nie musisz się z tego tłumaczyć Apisie. Wszyscy podziwiamy Twoją inwencję i wkład pracy w oblicze tego portalu i nie będziemy za bardzo chwalić, bo wbijemy Cię w końcu w samouwielbienie (ale w to nie wierzymy tak naprawdę, bo poznaliśmy Cię już wcześniej dogłębnie).
          - 22.03.2009 15:52
          • M
            Mariner76
            Jestem mało doświadczonym marynarzem patrząc na tą sytuację
            mam pytanie do bardziej bardziej doświadczonych fachowców od żeglugi czy ta barka nie może wyjśc z tej sytuacji o własnym napędzie z powodu mocnego zaklinowania się czy silnego nurtu wody czy też z innego powodu?
            - 22.03.2009 16:59
            • Apis
              Apis
              Z wszystkich wymienionych przez Ciebie powodów plus prawdopodobnego uszkodzenia zarówno sterów jak i śruby napędowej w wyniku uderzenia rufą o brzeg. Gdyby szerokość Neckaru była w tym miejscu o kilka, kilkanaście metrów większa - statek obróciłby się o 180 stopni bez szwanku. No - może pękłaby zaklinowana cuma dziobowa... Ten obrót nie był zamierzonym manewrem, a zepchnięciem statku przez prąd wody. To troszkę tak jakbyś chciał skręcić samochodem jadącym z górki z przednimi kołami podwieszonymi na wózku-podnośniku.
              - 22.03.2009 18:02
              • Adam Reszka
                Adam Reszka
                Teoretycznie to kapitan mógł (powinien?) pracować pędnikiem (pędnikami? - bo nie wiemy, ile miał silniików) do przodu z wypartym na prawą burtę sterem (sterami?), w celu złożenia barki lewą burtą do lewego brzegu. Nie znamy jednak prędkości i siły uciągu prądu wody Nekaru, który mógł być za silny i za szybki. Mógł też (lub powinien) "ciapnąć" kotwicę rufową. Nie wiemy też z kolei, czy barka "Relax" była w taką kotwicę wyposażona, albo też czy kapitan mógł ją rzucić ze stanowiska sternika, lub czy mógł zdążyć tego dokonać podbiegając do windy kotwicznej.. Niegdyś w takiej sytuacji stawiało się bumsztak z burty pokładu rufowego, ale to było dawno temu na Wiśle, na wodzie płytkiej, podczas gdy Nekar ma tam przypuszczalnie znaczną głębokość tranzytową powyżej klasy III. Przebieg tej sytuacji był prawdopodobnie za szybki na jakąkolwiek reakcję człowieka, dlatego barka straciła stery i uszkodziła pędnik. Proszę naszego Kapitana mojego przedmówcę o krytyczny w stosunku do mojej wypowiedzi komentarz.
                - 22.03.2009 19:33
                • Apis
                  Apis
                  Zakładam, że na tej barce nie było strumieniowego steru dziobowego (długość statku mi to podpowiada). Moim więc zdaniem kapitan zamierzał odejść rufą od nabrzeża do płynięcia z prądem. Zrobił to na szpringu dziobowym dając lekko naprzód. Odchodząc niewiele rufą "na wodę" zrzuca się dziobową linę, wypiera stery w stronę przeciwną nabrzeżu i daje naprzód. Kapitan nie spodziewał się zaklinowania liny. Czekając do końca oraz mając nadzieję na jej zrzucenie nie mógł dać "całej naprzód" bo to się wzajemnie wyklucza. Kilka sekund potem już nie miał szans ani czasu na skuteczny manewr obronny. Załadowaną barkę "zabrała woda" - maszyna i wyparty ster nie były już w stanie tego "składania" pokonać (rozłożenie i kierunek wektorów pokazuje, że jeśli w pozycji "czarnej" nie nastąpiło puszczenie liny dziobowej, to zatrzymanie pędników skutkuje brakiem siły przeciwdziałającej parze sił "nurt wody"/lina "C", co z kolei w kilka sekund skutkuje pozycją "szarą" ).

                  www.zegluga-rzeczna.pl/images/news/awaria_neckar1.jpg


                  Co do sposobów opisanych przez kpt. Adama Reszkę - były one przez nas stosowane także na Odrze, ale przypomnę, że na statkach było nas wiecej niż dwie osoby. Bumsztakować nie dałoby rady przy tym prądzie nawet dwóch ludzi na płytkiej wodzie, rzucenie kotwic musiałoby nastąpić w dwie sekundy po rozpoznaniu zaklinowania się szpringu aby skutecznie "chwyciły" i uchroniły choćby stery i pędnik. Marne szanse we dwójkę na pokładzie.
                  - 22.03.2009 20:16
                  • x5
                    x5
                    Neckar na odcinku od Renu do Plochingen (km 201,490) jest europejską drogą wodną klasy Va.
                    Mogą tam poruszać się statki o dł.110 m, szer.11,4 m oraz zanurzeniu 280 cm, do 3000 ton.

                    W czasie dużej wody (co jest obecnie) nie jest łatwą rzeką do prowadzenia navigacji.
                    Nie potrzeba na nią specjalnego patentu.Wystarcza Patent Reński lub Kapitana B, ale....prowadzący samodzielnie statek powinien mieć doświadczenie przynajmnie 3 rejsów po tej rzece.

                    Kilka lat temu jeden z moich kolegów Zygmunt Łania ( u którego "robiłem" rejsy na Patent Reński ) zderzył się z holenderskim statkiem poważnie go uszkadzając.
                    Całkowitą winę ponosił Holender nie mający doświadczenia na Neckarze i miał problemy w Sądzie żeglugowym z tego właśnie powodu.
                    - 22.03.2009 22:57
                    • Adam Reszka
                      Adam Reszka
                      "Marne szanse we dwójkę na pokładzie" (cytat z Apisa). Da liegt der Hund begraben. Zgadzam się z Apisem i oceną tej sytuacji na rysunku poglądowym. Co do bumsztaków, to zastrzegałem się. Zresztą na unijnych barkach nie mogłem się ostatnio ich doszukać. W czasach stanu wojennego wzbudzające podziw Niemców nowiutkie Bizony z Żeglugi Bydgoskiej wchodziły z ładunkami na Nekar do Mannheimu, Heidelbergu, Heilbronn i Stuttgartu. Kapitanowie skarżyli się na zmienny charakter nurtu tej rzeki, zwłaszcza kiedy po opadach górskie dopływy Nekaru gwałtownie wzbierały i śluzy były nieczynne, aż do zejścia wody wysokiej. Pomimo licznych, podpiętrzających wodę jazów i śluz, Nekar jest rzeką wartką i nawigacyjnie trudną, dlatego ten wypadek nie będzie ewenementem na tych akwenach.
                      - 23.03.2009 00:52
                      • miroslaw rajski
                        miroslaw rajski
                        Być może niezbyt dosadnie podkreśliłem stan Neckaru owego dnia. Ale prąd rzeki był wtedy nadzwyczaj gwałtowny. Całe zdarzenie rozegrało się błyskawicznie, gdzie nawet doświadczony van Emmerloot nie mógł za dużo zdziałać. Prasa nie wspomina czy rzucono tylne kotwice. Ale gdyby nawet, to za późno i nie były w stanie zapobiec uderzeniu rufy o przeciwległy brzeg. Tylko trzeci członek załogi sojący na kotwicach i błyskawiczny refleks kapitana mógłby tu coś pomóc.
                        Oficjalnej przyczyny wypadku jeszcze nie podano. Jeżeli ukaże się w prasie nie omieszkam powiadomić na Stronie.
                        - 23.03.2009 12:21
                        • E
                          egonzeglarz
                          może gdyby żona- sternik miała pod ręką toporek nie byłoby problemu...............ciach i .......strata tylko kilku metrów liny
                          - 24.03.2009 11:31
                          • Adam Reszka
                            Adam Reszka
                            Zdarzyło mi się we Włocławku przed wieloma laty, że poszedłem na ląd po chleb. Kiedy wróciłem, elektrownia na SW Włocławek zwiększyła zrzut wody, która gwałtownie przybrała i zastałem statek przekantowany, bliski zatopienia. Nie wiele zastanawiając się przeciąłem cumę na polerze tym, co miałem pod ręką - korbą od windy kotwicznej. Ale miałem więcej czasu aniżeli pani marynarz z barki "Relax".
                            - 24.03.2009 12:06
                            • Apis
                              Apis

                              Cytat

                              jak obracal, to nie mial przy szerokosci rzeki 65 m. i dl. barki 67 m. zadnych szans

                              Ależ on wcale nie obracał! Chciał odejść w dół rzeki. Przecież załadował do Rotterdamu, a nie do Stuttgartu.
                              - 24.03.2009 14:42
                              • Adam Reszka
                                Adam Reszka
                                No właśnie. Bondar mało wnikliwie analizuje tę sytuację nawigacyjną. Stąd jego błędna ocena. Ja natomiast starałem się tylko usprawiedliwić panią Dieny, która najprawdopodobniej w tym momencie toporka pod ręką nie miała!
                                - 24.03.2009 15:27
                                • Teos
                                  Teos
                                  Długo się zastanawiałem czy się odezwać w tym temacie ale w końcu nie udało mi się ogryźć w... klawiaturę Grin i skutek tego poniżej.
                                  Wielokrotnie miałem okazję obserwować załogę barek w składzie podobnym do powyższego w akcji w trakcie wspólnego śluzowania. Na początku był szok że można dopracować się takiej perfekcji i oczywiście podziw. Dzisiaj uważam że to perfekcja połączona z rutyną. Brakuje w tym marginesu na błędy, awarie i tzw. siły wyższe. Kapitan Emmerloot był pewien że jego żona puści cumę bo przerabiali ten manewr tysiące razy, niestety tym razem się to nie udało. Natomiast jeżeli chodzi o toporek to szczerze mówiąc nie chciałbym być w zasięgu napiętej (była zaklinowana) cumy ciachniętej tym toporkiem.
                                  - 01.04.2009 19:20
                                  Ocena zawartości jest dostępna tylko dla zarejestrowanych użytkowników.
                                  Proszę Zaloguj by zagłosować.
                                  Niesamowite! (0)0 %
                                  Bardzo dobre (0)0 %
                                  Dobre (0)0 %
                                  Średnie (0)0 %
                                  Słabe (0)0 %
                                  Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na nasze ustawienia prywatności i rozumiesz, że używamy plików cookies. Niektóre pliki cookie mogły już zostać ustawione.
                                  Kliknij przycisk `Akceptuję`, aby ukryć ten pasek. Jeśli będziesz nadal korzystać z witryny bez podjęcia żadnych działań, założymy, że i tak zgadzasz się z naszą polityką prywatności. Przeczytaj informacje o używanych przez nas Cookies