Od 1998 roku Stowarzyszenie Wodniaków Gorzowskich "Kuna" pieczołowicie remontuje statek, przywracając pierwotny wygląd zewnętrzny. Jedynie napęd został zmieniony z parowego na motorowy. W ubiegłym roku statek został dopuszczony do ruchu na śródlądowych drogach wodnych. Obecnie "Kuna" pływa jako statek muzealno-szkoleniowy pod gorzowską banderą. Odbywa również regularne rejsy dla turystów od maja do czerwca, a także latem, jeśli pozwala na to stan wody w Warcie.
Rejs do Szczecina oraz do Niemiec, oprócz tego wiele kilkugodzinnych wycieczek, podczas których mieszkańcy obejrzeli przepiękną okolicę na zachód od miasta - to bilans pracy "Kuny" i jej załogi. Gorzowianie są zachwyceni: Warta stała się nam bliższa!
Rejs do Szczecina oraz do Niemiec, oprócz tego wiele kilkugodzinnych wycieczek, podczas których mieszkańcy obejrzeli przepiękną okolicę na zachód od miasta - to bilans pracy "Kuny" i jej załogi. Gorzowianie są zachwyceni: Warta stała się nam bliższa!
Może gdyby była statkiem pasażerskim liczyłoby się towarzystwo w jakim się płynie, może widoki. „Kuna” ma jednak w sobie coś specjalnego - można to „złapać” gdy jest się na niej dłużej i gdy wsłucha się w opowieści kapitana.
Historia statku jest barwna: zbudowany został w roku 1884 w stoczni Feliksa Devrienta w Gdańsku dla pruskiej administracji wodno-żeglugowej rzeki Wisły. Najpierw nosił nazwę "Ferse", co jest niemiecką nazwą rzeki Wierzyca, dopływu Wisły. W roku 1940 zmieniono nazwę na "Marder", a już w Polsce przetłumaczono dokładnie jego poprzednią nazwę na "Kuna". Statek pięciokrotnie zmieniał banderę: najpierw pływał pod banderą pruską, potem był przekazany Senatowi Wolnego Miasta Gdańska. Od 1939 roku nosił banderę III Rzeszy, a koniec wojny zastał statek w Hamburgu, skąd został wcielony do Royal Navy. Dopiero w 1947 roku powrócił pod polską banderą na dolną Wisłę. Wycofany ze służby miał służyć w Gorzowie za ponton cumowniczy, jednak zatonął i 20 lat przeleżał w porcie.
Od 1998 roku Stowarzyszenie Wodniaków Gorzowskich "Kuna" pieczołowicie remontuje statek, przywracając pierwotny wygląd zewnętrzny. Jedynie napęd został zmieniony z parowego na motorowy. W ubiegłym roku statek został dopuszczony do ruchu na śródlądowych drogach wodnych. Obecnie "Kuna" pływa jako statek muzealno-szkoleniowy pod gorzowską banderą. Odbywa również regularne rejsy dla turystów od maja do czerwca, a także latem, jeśli pozwala na to stan wody w Warcie.
- Teraz, po kilku miesiącach, Kuna kojarzy mi się ze starszą panią, która choć dystyngowana ma w sobie jeszcze sporo szaleństwa - mówi Magda Sierocka z radia RMG 95,6 FM, która przygotowywała materiały reporterskie z lodołamacza, a od jakiegoś czasu jest też w załodze statku.
Gdy Kuna zaczęła pływać, Magda była na każdym rejsie, czasami płynęła z załogą aż do stoczni, rozmawiała z kapitanem. Na początku przyglądano się jej z rezerwą – „starzy” wodniacy zastanawiali się pewnie, co robi na statku dziewczyna. Przyznaje, że trudno było jej się „odczepić”, w końcu kapitan zaproponował jej przystąpienie do stowarzyszenia. Powiedział, że nie trzeba mieć jakichś specjalnych umiejętności, a raczej serce i czas dla lodołamacza - wystarczy napisać podanie i poczekać na decyzję.
Stowarzyszenie to kilkanaście znanych gorzowskich postaci. Wśród nich jest prezydent Tadeusz Jędrzejczak i wiceprezydent Tadeusz Jankowski. Jednak być w stowarzyszeniu to co innego niż w załodze. - Jestem marynarzem - mówi Magda, ale od razu zastrzega, że do maszynowni na razie zagląda rzadko. Jej specjalność to mycie pokładu, cumowanie, prace przy linach. - To nie jest specjalnie trudne - ocenia. Czasami kieruje statkiem: na początek jest sterowanie w górę rzeki, bo w dół jest dużo trudniej - trzeba statek opanować kiedy leci z prądem. - Kapitan siedzi z tyłu, albo się kręci gdzieś w pobliżu - rzadko zostawia mnie samą za sterem - relacjonuje. W wakacje prowadziła statek od Krajnika aż do samego Szczecina, czyli ok. 40 km. - To najłatwiejszy odcinek - wystarczy trzymać się mniej więcej środka rzeki - dodaje.
Magda jest jedyną dziewczyna w załodze statku, ale to nie znaczy, że jest wyłącznie od kawy i herbaty. Co prawda robienia kawy nie unika, ale załoga nie sprowadziła ją do typowo babskiej roli. Na dowód mówi, że podczas rejsu do Szczecina pojawił się kuk Ryszard Sikora i to on wziął się za kuchnię. - Mieliśmy profesjonalistę od gotowania - pierwszego dnia zrobił chłodnik, drugiego flaczki - to było lepsze jedzenie niż w domu - ocenia.
A oprócz kawy i herbaty na lodołamaczu zawsze jest sporo do zrobienia: a to trzeba wyczyścić drzwi od sterówki, bo potrzebują małej modernizacji, a to pomyć białe powierzchnie, a to świetliki do galerii i do maszynowni. Jak się chce, to roboty nigdy nie zabraknie, bo jak wszystko już gotowe, to można pleść liny albo uczyć się nowych węzłów.
Właśnie od Magdy dowiedzieliśmy się, że w Szczecinie „Kunę” prawie wszyscy dobrze znają. - Gdy bywa na zlotach oldtimerów jest prawdziwą królową i wszyscy ją podziwiają - mówi. Stoi na nabrzeżu przy wałach Chrobrego - trzeba wtedy pełnić wachty i pilnować ją w nocy. W tym roku zacumowali obok mostu kolejowego przy prywatnej barce człowieka, który należy do stowarzyszenia i jest w Szczecinie armatorem. - Choć stanęliśmy z boku, to jak tylko ktoś nas przyuważył to przychodził odwiedzić - opowiada.
W Gorzowie „Kuna” stoi w starym porcie, w basenie stoczniowym. Kapitan Jerzy Hopfer, na co dzień kierownik nadzoru wodnego, nigdy by w mieście jej nie zostawił. - Wtedy ciągle musiałaby ktoś na niej być, a przecież cała załoga ma swoje stałe zajęcia – wszyscy przecież gdzieś jeszcze pracujemy - mówi.
„Kuna” to nie tylko statek, ale przede wszystkim obiekt muzealny, dlatego do pełni szczęścia brakuje jej jeszcze stylowego, drewnianego obicia wnętrza oraz izolacji kadłuba. W tej chwili w galerii pod sterówką czyli pomieszczeniu muzealnym są gołe blachy – dlatego goście mogą przyjrzeć się jak solidnie zbudowany jest kadłub. - Chcemy tam zrobić porządne pomieszczenie - chodzi o izolację termiczną i akustyczną, Położymy tam cztery warstwy wełny mineralnej, a potem na to przyjdą deski świerkowe – tłumaczy kapitan. Wyjaśnia też, że świerk ma to do siebie, że nie chłonie wody i nie zmienia koloru, dlatego deski z czasem będą coraz bardziej nobliwe. W zimie i na wiosnę szykują się ostatnie prace wykończeniowe. Kapitan szacuje, że stolarze mają nie więcej niż trzy tygodnie roboty, może miesiąc, ale to nie wszystko. Statek był budowany etapami ze starych urządzeń gruntownie odnawianych. - Podczas próbnych rejsów przekonaliśmy się, że pewne rzeczy związane z mechaniką trzeba poprawić: na pewno agregat prądotwórczy - szczególnie sprzęgło łączące silnik z prądnicą. Trzeba też popracować nad urządzeniami sanitarnymi. Po poprawkach będzie można rzeczywiście pochwalić się „Kuną” – zapowiada kapitan Hopfer. Po tym pozostanie do załatwienia tylko kwestia odnowienia sterówki i dołożenia miejsc do spania - chociaż kapitan przypomina sobie, że w kultowym „Rejsie” pasażerowie spali na podłodze. - To też jest swego rodzaju przyjemność - ocenia.
Podczas weekendowych rejsów zawsze jest w mundurze mówi o kapitanie Magda. Raz rozważał ubranie koszulki, ale mu odradziła. - Ja z bosmanem możemy latać w koszulkach z logo „Kuny”, żeby odróżniać się od pasażerów, ale kapitan bardzo dobrze wygląda w mundurze i niech tak pozostanie. Inaczej mu nie pasuje - uważa. Magda Sierocka podkreśla jednocześnie, że czy w cywilu, czy w stroju służbowym kapitan zawsze jest charyzmatyczny i ma dar snucia niesamowitych opowieści. Któregoś razu długo opowiadał o „Kunie”.
- Pływało na niej już tylu ludzi, a podczas II wojny statek uciekał aż z Gdańska do Hamburga z cywilami na pokładzie. Do tego rejs w części odbył się wzdłuż wybrzeża bałtyckiego, to robi wrażenie - wspomina.
„Kuna” to rzeczny statek, nie jest przystosowany do morskich rejsów. Rządzi nią woda i wiatr, nie ma echosondy. Ma silnik spalinowy. Z jednej strony wydawałoby się, że jest wąska i zwrotna, ale tak naprawdę najlepiej się nią steruje gdy ma sprzyjającą wodę i wiatr. - Jak wracaliśmy ze Szczecina odwróciło nas na Odrze - stanęliśmy rufą na piasku. Wszystko stało się błyskawicznie. Jak nas prąd i wiatr obrócił, to nawet kapitan nie mógł nic zrobić. Ona po prostu leciała - nigdy nie widziałam żeby tak szybko się obracała jak pod wpływem prądu rzeki i wiatru - podsumowuje M. Sierocka.
Żadne komentarze nie zostały dodane.