Ostatnio wręcz modne wśród energetyków stało się spalanie drewna - niekoniecznie odpadowego - i chwalenie się produkcją wspomnianej przez Pana "zielonej energii".
Trudno podważyć fakt, że jest to źródło energii odnawialnej. Nie uważam jednak, że spalając drewno mamy jakiś szczególny powód do chwały. Wręcz przeciwnie, obserwując dynamiczny rozwój współspalania drewna obawiam się o polskie lasy. Możliwości polskiej energetyki są tak ogromne w tym względzie, że bez większych nakładów na modernizację, w ciągu 5 lat można spalić wszystko, czym dysponują Lasy Państwowe. Przecież plantacje wierzby energetycznej są jeszcze młode, a ponadto nie jest ich wiele. A chwalenie się produkcją "zielonej energii" i profity z tego czerpane są bardzo poważne.
Z mgr. inż. Andrzejem PATRYCYM, prezesem Zarządu "Energoprojekt" Warszawa SA, rozmawia Henryk Piekut.
Wróćmy do "Wisły"
Z mgr. inż. Andrzejem PATRYCYM, prezesem Zarządu "Energoprojekt" Warszawa SA, rozmawia Henryk Piekut.
Panie Prezesie. W folderze zarządzanej przez Pana firmy można przeczytać, że zaprojektowaliście ponad 200 bloków energetycznych o łącznej mocy ponad 21 tys. MW, czyli 55% mocy zainstalowanej krajowego systemu energetycznego. Ale to historia. Obecnie wielkie projekty w energetyce typu: "Bełchatów" II czy "Łagisza" II będą realizować zagraniczne koncerny. Z czego może "żyć" biuro projektowe o tak bogatej tradycji, dysponujące grupą doświadczonych inżynierów?
W tych dużych projektach uczestniczymy jako lokalny projektant zagranicznych koncernów, a ponadto Polska musi w najbliższych latach wypełnić narzucone nam normy unijne co do produkcji tzw. zielonej energii i ograniczenia emisji szkodliwych substancji do powietrza atmosferycznego z dużych źródeł spalania (LCP), dlatego nie narzekamy obecnie na brak pracy.
Ostatnio wręcz modne wśród energetyków stało się spalanie drewna - niekoniecznie odpadowego - i chwalenie się produkcją wspomnianej przez Pana "zielonej energii".
Trudno podważyć fakt, że jest to źródło energii odnawialnej. Nie uważam jednak, że spalając drewno mamy jakiś szczególny powód do chwały. Wręcz przeciwnie, obserwując dynamiczny rozwój współspalania drewna obawiam się o polskie lasy. Możliwości polskiej energetyki są tak ogromne w tym względzie, że bez większych nakładów na modernizację, w ciągu 5 lat można spalić wszystko, czym dysponują Lasy Państwowe. Przecież plantacje wierzby energetycznej są jeszcze młode, a ponadto nie jest ich wiele. A chwalenie się produkcją "zielonej energii" i profity z tego czerpane są bardzo poważne.
Słyszałem, że niektóre elektrownie wolą sprzedać prawo do przydzielonej im przez ministra środowiska wielkości emisji CO2 niż produkować prąd z węgla?
Chyba dobrze pan słyszał. Ale oficjalna wersja jest taka, że konkretna elektrownia musiała wyłączyć blok lub kilka bloków energetycznych z powodu awarii lub remontu. A faktycznie dzięki temu wstrzymaniu produkcji energii będzie mogła sprzedać jeszcze więcej praw do emisji CO2 niż jej przydzielił resort.
Wróćmy jednak do "zielonej energii". Ze słońca niewiele jej w Polsce da się uzyskać. Na przykład w Grecji baterie ogrzewające wodę to norma. Intensywny wiatr też nas nieczęsto nawiedza, energii wiatrowej zbyt dużo więc nie "ukręcimy"...
Ponadto ta wiatrowa, z uwagi na koszt rezerwowania mocy, jest bardzo droga. Pozostaje nam woda i musimy bardziej na to - najtańsze w naszych warunkach - źródło "zielonej energii" postawić.
Ale nie lubią jej... "Zieloni". Pamiętamy ich protesty pod budowaną bodaj przez 12 lat tamą na Dunajcu w rejonie Czorsztyna...
To dziwne, że nie wyciągnęli wniosków z tamtej lekcji. Pamiętam, że tzw. ekolodzy uciekli spod tamy wówczas, gdy woda ruszyła przelewami awaryjnymi. Napełnianie zbiornika Niedzica nastąpiło w idealnym momencie - w okresie wielkiej powodzi 1997 r. Gdyby nie ten zbiornik retencyjny, powódź nie oszczędziłaby Nowego Sącza i wielu miejscowości nad Dolnym Dunajcem, i to jest udowodnione. Teraz ten zbiornik chwalą wszyscy. Okoliczni mieszkańcy, bo mają dzięki niemu turystów, hydrolodzy, bo mogą chronić mieszkańców przed powodzią, a nawet flisacy, którzy początkowo także protestowali. Dzięki możliwości regulacji przepływu wody mogą oni swobodnie, bez kłopotów związanych z okresowymi niskimi stanami spławiać tratwy przez cały sezon.
"Zielonych" to wszystko nie przekonuje. Nawet argument, że brak stopnia wodnego poniżej Włocławka może spowodować katastrofę tej jedynej "przegrody" Dolnej Wisły. Tak mocno protestowali, że opracowany już projekt budowy stopnia wodnego w rejonie Nieszawy nie dostał "zielonego światła" od ministra środowiska...
I to jest duży błąd. Uważam, że stopnie i zainstalowane na nich elektrownie wodne na Dolnej Wiśle mogą znacznie pomóc w wypełnieniu unijnych norm produkcji energii odnawialnej.
Przewidywane elektrownie wodne w rejonie Wyszogrodu, Płocka, Ciechocinka lub Nieszawy, Solca Kujawskiego, Chełmna, Opalenia i Tczewa - włącznie z Włocławkiem byłyby w stanie wyprodukować rocznie ponad 4 TWh energii.
To byłoby ok. 3% całej energii dostarczanej do polskiego systemu. Energii mniej zawodnej od wiatrowej i na dodatek taniej.
Tego rodzaju inwestycje hydroenergetyczne jednak też kosztują i są to duże przedsięwzięcia...
Tak, ale dają korzyści nie tylko w postaci prądu. Te największe tkwią zupełnie gdzie indziej. Zbiorniki retencyjne chronią przed skutkami ewentualnych powodzi, umożliwiają rozwój gospodarki rybnej, tworzą warunki do żeglugi, a więc taniego transportu i może najważniejsze - obserwując skutki tegorocznej suszy - stanowią cenne zasoby wody, która może okazać się zbawienna zarówno dla rolnictwa, jak i gospodarki komunalnej.
Ale kto da na to pieniądze?
Z tym są problemy. W latach 90. przeprowadzaliśmy kalkulację zwiazaną z ewentualną budową "Kaskady Dolnej Wisły". Za potencjalnych inwestorów uznaliśmy towarzystwa ubezpieczeniowe, gospodarkę rybną i żeglugę śródlądową. Kłopot w tym, że Polacy przez ostatnie lata nie ubezpieczali się od powodzi, towarzystwa ubezpieczeniowe nie są więc zainteresowane i nie mają środków w ramach tzw. prewencji na ten cel. Ale uważam, że do tej inwestycji można i trzeba wrócić. Chociażby włączyć ją do unijnych projektów infrastrukturalnych.
Zostawmy może te wielkie inwestycje. Czy w tzw. małej energetyce wodnej coś się dzieje? Być może "Energoprojekt" coś ostatnio zrealizował?
Uważam, że dzieje się dużo. Uruchomiliśmy w tym roku elektrownię wodną (nasz projekt) na Górnej Wiśle w Smolicach. Inwestorem był tu Zespół Elektrowni Wodnych "Niedzica". Dla elektrowni szczytowo-pompowych jako projektant i generalny realizator inwestycji (GRI): zmodernizowaliśmy Stopień Wodny i Elektrownię "Dychów" - na rzece Bóbr, przeprowadziliśmy modernizację zbiornika górnego Elektrowni Wodnej "Żarnowiec", likwidując przecieki, które groziły katastrofą. Na realizację czeka kilka projektów modernizacyjnych, na brak pracy więc nie narzekamy. Są także prywatni inwestorzy chętni budować małe elektrownie na niewielkich rzekach. Brakuje im jednak środków. Dużą aktywność w tym względzie wykazuje Towarzystwo Małych Elektrowni Wodnych, którego członkowie budują obiekty o mocy do 1 MW, oraz Rejonowe Zarządy Gospodarki Wodnej. Jednak bez ruszenia z budową "Kaskady Dolnej Wisły" postęp w energetyce wodnej będzie niezauważalny.
Dziękuję za rozmowę.
Źródło: Przegląd Techniczny