
22.08.2015 r. w Opactwie Pobenedyktyńskim w Płocku odbyła się promocja książki Stanisława Fidelisa „Semper Fidelis Vistulae”. Autor książki, kapitan żeglugi śródlądowej zawarł w niej wspomnienia ponad 40 lat pracy na rzece Wiśle.
Pierwsza książka Fidelisa ukazała się dwa lata temu. Nosi tytuł "Wisła, rzeka mojego życia". Autor pisał: "Wisła błękitna, szara Wisła. Najmilsza mi jest i najbliższa Kto poznał raz gorycze i uroki Wisły, ten już na ślepo pójdzie za nią do końca ". To pasjonująca lektura nie tylko dla wodniaków, oparta na wspomnieniach kapitana z okresu kilkudziesięciu lat jego pracy zawodowej. W przedmowie do drugiej książki Kapitan Fidelis napisał: "Pamiętajmy o naszej Wiśle, która jest symbolem, synonimem i kondensatem wielowiekowej historii Polski".
22.08.2015 r. w Opactwie Pobenedyktyńskim w Płocku odbyła się promocja książki Stanisława Fidelisa „Semper Fidelis Vistulae”. Autor książki, kapitan żeglugi śródlądowej zawarł w niej wspomnienia ponad 40 lat pracy na rzece Wiśle. Pierwsza książka Fidelisa ukazała się dwa lata temu. Nosi tytuł "Wisła, rzeka mojego życia". Autor pisał: "Wisła błękitna, szara Wisła. Najmilsza mi jest i najbliższa Kto poznał raz gorycze i uroki Wisły, ten już na ślepo pójdzie za nią do końca ". To pasjonująca lektura nie tylko dla wodniaków, oparta na wspomnieniach kapitana z okresu kilkudziesięciu lat jego pracy zawodowej.
W przedmowie do drugiej książki Kapitan Fidelis napisał: "Pamiętajmy o naszej Wiśle, która jest symbolem, synonimem i kondensatem wielowiekowej historii Polski". Te proste słowa człowieka TEJ rzeki powinny wyryć sie głębokim piętnem na każdym Polaku - nie tylko rzecznym marynarzu.
Z Wisłą splotło się nie tylko jego życie, ale życie całej rodziny. Pierwszy rok po ślubie z żoną i małą córeczką mieszkali na statkach, na których pływał Stanisław Fidelis. Maleńka Jola usypiała kołysana szumem silników, dla niej zawsze była świeża wodna pitna, mama gotowała jedzenie na kuchni węglowej. I zdobyła perukę z długimi, czarnymi warkoczami, żeby zasłaniać dziecku uszy przed wiatrem. Potem, kiedy dostali mieszkanie w Płocku, życie rodziny trochę się ustabilizowało. Ale i tak mnóstwo czasu spędzała razem na rzece, także kiedy urodziła się córka Elwira. A potem wakacje czy ferie z dziadkiem marynarzem spędzały jego wnuki...
Wracając do książki - jest opowieścią o samym autorze, ale i ludziach, dzięki którym ruch na Wiśle był duży. Zawiera mnóstwo archiwalnych już i bezcennych zdjęć. To nie jest powieść beletrystyczna, to prawdziwa opowieść wodniaka, pełna miłości, pasji, respektu dla rzeki i pracy, która nieraz potrafiła dać nieźle w kość, ale której autor nie zamieniłby na żadną inną. Poniżej przytaczamy fragmenty "Semper fidelis Vistulae".
Szczęśliwe lata w Czerwińsku
Tu dane było mi przyjść na świat, świat mojego dzieciństwa, w którym moje młodzieńcze ego syciło się nadwiślańską przyrodą i naturalnym pięknem rzeki Wisły. Tu przychodziły na świat przeszłe i przyszłe pokolenia czerwińskich wodniackich rodów. Od pokoleń mieszkańcy tego starego, nadwiślańskiego grodu czerpali hart ducha z Wisły, będąc głęboko przywiązani do rzeki, nad którą przychodzili na świat. Wisła dawała im pracę, radość i szczęście oraz obfitości wielorakiego potencjału, który do dziś tkwi w tej jednej z najstarszych rzek Europy. (...)
Z nostalgią powracam myślami do moich rówieśników z lat młodości, których często wspominam. Były to trudne powojenne lata 1945-1957. Moi koledzy z tamtych biednych, ale jakże wspaniałych i szczęśliwych lat mojego dzieciństwa, psocili się fryzjerom - panu Kazimierzowi Krysa, Kazimierzowi Antczakowi, panu aptekarzowi Szaserowi, wpuszczając do ich lokali wróble łapane w strzechach czerwińskich czy też słomianych stodołach panów Zajączkowskich, Kozerów, Gortatów.
Pamiętam nasze gry w palanta w parowie u pana Szpetulskiego, gry w zośkę, w klipę, w dychę i w gazdę. W starych ścionkach drewnianych domów odbywały się wieczorne gry w złodzieja i w chowanego. U Leszka Szafaryna w domu odchodził karciany chlust, oczko, dureń i bet. Czerwińskie dziewczyny z długimi zaplecionymi warkoczami skakały na jednej nodze, grając w klasę. Wieczorami śpiewały swoje dumki nad brzegiem Wisły. (...)
Po lekcjach w szkole powracaliśmy do swoich domów. Zrzucaliśmy z pleców nasze drewniane i tekturowe plecaki szkolne, następnie biegło się z pajdą chleba umoczonego w wiadrze wiślanej wody, posypanego pośpiesznie cukrem, nad Wisłę. Na łysą górę i do lasku poniżej Czerwińska, aby nie sięgały nas oczy i uszy naszych matek i ich wołania "Stasiu, Kaziu, Józiu - do domu ".
Tam, jeden kilometr w dół Wisły, pod łysą górą czy laskiem, czuliśmy się wolni. Kąpaliśmy się w Wiśle pomiędzy długimi poprzecznymi wiślanymi ostrogami, niekiedy bez odzienia, bo nie każdego było stać na slipy czy zwykłe kąpielówki. Kiedy z oddali pojawiał się gęsty, czarny dym nad wiślaną tonią, oznaczało to koniec kąpania. Zza wiślanych łach i kęp, choć jeszcze daleko, wyłaniał się pasażerski bocznokołowiec, a może duży tylnokołowy albo bocznokołowy holownik holujący kilka berlinek.
Pierwsza praca
Rok 1960 był to pierwszy rok mojej zawodowej pracy na Wiśle. Po nieudanych staraniach o pracę w Żegludze na Wiśle i w RDW Warszawie, podjąłem pracę jako marynarz na otwartej, lukowej wiślanej barce "Danusia", potem na kubłowej pogłębiarce "Perła". Byłem lżejszy od jednego z 36 kubłów tej parowej pogłębiarki. Było mi ciężko podołać stawianym przede mną zadaniom na pokładzie tej wymagającej ciężkiej pracy pogłębiarki. Poprosiłem kierownika Traczewskiego o lżejszą pracę. Po miesiącu zamustrowałem na M/S "Kuba". Pomógł mi w tym mój starszy brat Jerzy, pracujący na holowniku M/S "Kuba" jako sternik, który dostał powołanie do wojska. (...)
Często odwiedzałem kadrowego w Żegludze na Wiśle, pana Eugeniusza Znamięckiego, pytając o zatrudnienie. Któregoś razu ten dobry człowiek znający mnie od chłopca, chyba się nade mną zlitował. W efekcie zostałem przyjęty do pracy w Żegludze na Wiśle, na barce jako praktykant z pensją 680 zł i 12-godzinnym dniem pracy. Dopiero po trzech miesiącach otrzymałem angaż młodszego marynarza.
Byłem szczęśliwy, że udało mi się zatrudnić w Żegludze na Wiśle, gdzie przyjdzie mi teraz cierpliwie czekać na zamustrowanie na białym pasażerskim parowcu.
Tu, na barce, musiałem nauczyć się chodzić po sztręglach, używać takich słów jak: szejt, sztaba, fanklajna, bumelajna, keta, arkernagel, sztajernager itp. Na barce marynarz musi bowiem posiąść podstawową wiedzę o żegludze, tu tylko praktyka zdaje egzamin. Teoria jest pożądana, ale zawsze podporządkowana praktyce. (...)
W 1961 roku, po kilkumiesięcznej praktyce na zwykłej wiślanej barce, za dobrą opinią szypra i znających mnie kapitanów, zostałem przemustrowany na pasażerski parowiec "Jarosław Dąbrowski", obsługujący pasażerską linię Puławy - Sandomierz. P/S "Jarosław Dąbrowski" zabierał na pokład 193 osoby. Zbudowany w 1894 roku, w stoczni Elbląg, jako statek towarowo-pasażerski dla Maksa Zaksa i R. Wassermanna z Płocka. Stąd jego pierwsza nazwa "Płocczanin".
Traktowałem to przemustrowanie jako wyróżnienie, które zobligowało mnie do jeszcze większego wysiłku tak psychicznego, jak i fizycznego, w wykonywaniu moich obowiązków młodszego marynarza na pokładzie wiślanego, kursowego, pasażerskiego parowca, którym dowodził kapitan ze sztywną prawą nogą - Stanisław Ciesielski z Czerwińska.
Koszula z Torunia, garnitur z Płocka
(...) Odbyliśmy jeden rejs z trzema pustymi barkami z Warszawy do Gdańska. W lecie Żubr W-07 plus dwie lukowe pchane barki z załogą, został oddelegowany do obsługi ćwiczeń przez Polskie Wojsko, które budowało (...) przeprawę mostową - "Most Baileya" w Widlicach na 863 kilometrze Wisły. Na lukowych barkach zmontowano podpory (filary), po których wciągano konstrukcję mostu. Byliśmy na wojskowym wikcie. Cieszyliśmy się, że choć na miesiąc oderwaliśmy się od relacji na rzece Narew poznając trudniejszy, ale o ile ciekawszy szlak wodny Wisły. Jeden z nas skradł serduszko panience z Grudziądza, którą pojął za żonę.
Ja również przygotowując się do ożenku, w powrotnej drodze robiłem zakupy, np. pantofle w Grudziądzu, koszulę w Toruniu, garnitur w Płocku. Był to rok [1965 - red.] pełen wydarzeń w moim życiu. Zmieniłem swój stan cywilny. Ożeniłem się w Wołominie z córką piekarza, która była młodszą koleżanką żony mojego starszego brata Jerzego. Mieszkaliśmy w jednej kamienicy, brat na piętrze, ja na parterze. Brat pracował na holowniku "Kuba" WZEK w Warszawie jako sternik u kapitana Witolda Gołębiewskiego. W późniejszym czasie awansował i został kapitanem holownika "Witek".
W przerwie międzynawigacyjnej na przełomie roku 1965 i 1966 ukończyłem kurs dla sterników żeglugi śródlądowej. Jako sternik zacząłem swą pracę na statku Żubr W-07, na relacji Gnojno - Port Żerań, mój poprzednik Bolek Ławrynowicz awansował na kapitana drugiej zmiany na Żubrze W-07, pracującym w ruchu całodobowym. Dotychczasowego mechanika Teodora Tymińskiego, który przeszedł na nowego pchacza Żubr W-17, zastąpił Piotr Łukaszewicz. Wcześniej pływał on na morskich statkach i trudnił się rybołówstwem. Temu wesołemu mechanikowi zawdzięczam uratowanie mojej malutkiej córeczce życia, kiedy wdrapała się po schodkach z kabiny na pokład i zatrzymała na burtowych polerach, za którymi była woda Kanału Żerańskiego. To on spostrzegł ją samą na pokładzie. Żona dopiero co uśpiła córkę w kabinie, pozostawiając ją samą. Na chwilę weszła do sterowni, a za chwilę Piotrek przyniósł na rękach płaczące dziecko do sterowni. Na twarzy mojej żony rysowało się wielkie zdziwienie. Bardzo przeżyliśmy z żoną ten moment, który mógłby kosztować nas ewentualną utratę naszego pierwszego dziecka. Odtąd już nigdy nie pozostawialiśmy dziecka, nawet śpiącego, bez opieki.
Mozolne oranie Wisły
Była piękna słoneczna niedziela 22 czerwca [roku 1975 - red.]. O godzinie 12.00 wyszedłem z płockiego portu z dwiema pustymi barkami górnopokładowymi 4017 i 4018 do Warszawy. W okolicach Polskiej Kępy, czarne kłębiaste chmury. Za chwilę ogromna ulewa - niby obrywające się chmury pędzone silnym zachodnim wiatrem, który dopadł nas i spychał ze szlaku. Widoczność zmalała do 40 metrów. Zestaw barek pchanych przez Żubra silny huragan zepchnął na brzeg. Burza ustała po 30 minutach i ruszyliśmy w górę rzeki. Na noc zatrzymaliśmy się w Czerwińsku, gdzie odwiedziłem siostrę Zosię i brata Andrzeja, który przed laty zabierał mnie na pokłady pasażerskich wiślanych parowców, które tak często z niekłamaną nostalgią wspominam. (...)
O godzinie 11.00 byliśmy w Warszawie, tu po przekazaniu barek otrzymałem dyspozycję powrotu luzem do Płocka. Godzina 19.40 w porcie Płock, zabrałem dwie barki załadowane 383 tonami węgla z przeznaczeniem do Gdańska. I znów zaczęło się "oranie" Wisły.
W lipcu opuścił nas niezły kucharz Wojciech Falkowski, który od wielu już lat pływa w stołecznej Żegludze jako kapitan statku spacerowego M/S "Wars" w Warszawie. Jego miejsce zajął Ireneusz Sulich.
11 lipca do końca naszej zmiany zostało 28 godzin. Zdecydowaliśmy się na piąty rejs do Gdańska, tak więc spięliśmy zestaw z dwóch barek załadowanych węglem, razem 413 ton i wyszliśmy z portu Płock do Gdańska. Potrzebowaliśmy około 26 godzin, bo tyle trwała jazda z Płocka do Gdańska przy dobrej wodzie. Nocne mgły zaskoczyły nas, mieliśmy trochę opóźnienia. Nazajutrz o godzinie 12.00 winniśmy byli zejść z pchacza na dni wolne. Godzina 11.00, a my dopiero minęliśmy Grudziądz. Mój sternik Wiesiu Ocipka oznajmił mi, że o godzinie 12.00 chce wysiąść ze statku, ponieważ skończyła mu się służba. Bardzo grzecznie, ale i stanowczo powiedziałem mu, że jeszcze nie ma godziny 12.00. A zatem kontynuowaliśmy rejs w dół rzeki, zbliżała się godzina 12.00, obróciłem całym zestawem i dobiłem do główki, 700 metrów poniżej miasta Nowe, punktualnie o godzinie 12.00. Nieco zniesmaczony Wiesiu ("Adidas") opuścił nasz pokład i pomaszerował w kierunku miasta Nowe. Dokonaliśmy obrotu lewą burtą i ruszyliśmy w dalszą drogę. Godzina 20.00, byliśmy w Gdańsku, skąd po przekazaniu Żubra W-09 załodze podmianowej o godzinie 23.40 odjechaliśmy pociągiem do Płocka na dziesięć dni wolnych od pracy. Czas odpocząć, by nabrać nowych sił.
Sztorm na rzece w Płocku
Dzień 2 listopada [1981 r. - red.] zostanie na długo w mojej pamięci z powodu okropnej pogody. Suty jesienny, zacinający, zimny deszcz poganiany bardzo silnym północnym wiatrem nie pozwala na rozładunek. Od godziny 18 na płockiej Wiśle i w porcie zaczyna się najprawdziwszy, niespotykany dotąd sztorm. Postój przy rampie elewatora zdawałby się bezpieczny. Stoimy na czterech stalowych cumach i dwóch cumach stylonowych. Sytuacja sztormowa staje się dla nas bardzo groźna, dzwonię po mechanika Wierzbickiego z poleceniem natychmiastowego przybycia na statek. Wysokie topole stojące nad brzegiem portowego basenu ogołocone z listowia wyginają się i trzeszczą od napierającego huraganu. Zrywane przez wiatr duże gałęzie, poganiane niespotykanym wiatrem z hukiem spadają na nasze barki. Świst wiatru i dochodzące zza portowego wału huki spienionych fal Wisły potęgują zgrozę. W porcie pogasły światła. Siedzę w opuszczonej do maximum sterowni, nagle dwie wysokie topole z trzaskiem runęły na ferdeki naszych barek. Szkwał eliminuje wyjście sternikowi Krzysztofowi Domagale z pomieszczeń na pokład. Jego próby wyjścia na pokład kończą się złamanym nosem. Po półgodzinie zabrany przez pogotowie ratunkowe trafia do płockiego szpitala. Stojący na Wiśle przy rampie przeładunkowej MZRiP w Płocku bydgoski pchacz Łoś B-3 nie wytrzymuje naporu wiślanych fal. Zatonął. Jego kapitan Jan Wróbel, w tej sztormowej kotłowaninie fal, nie mógł liczyć na jakąkolwiek pomoc. Nad ranem wiatr naddał, teraz przyjdzie nam posprzątać z liści, gałęzi i dwóch leżących topoli, ferdek i pokładów naszego zestawu.
Proszę Zaloguj by zagłosować.
Kliknij przycisk `Akceptuję`, aby ukryć ten pasek. Jeśli będziesz nadal korzystać z witryny bez podjęcia żadnych działań, założymy, że i tak zgadzasz się z naszą polityką prywatności. Przeczytaj informacje o używanych przez nas Cookies