
W dniu 23 lipca odbyło się otwarcie wystawy poświęconej ludziom Wisły. Pokazujemy ludzi, którzy stanowili o wielkości Płocka, miasta-portu. Liczną brać płocczan, która wykonywała ciężkie wiślane profesje. Pływali na dawnych statkach, które wymagały hartu ducha i ciała - mówił Paweł Śliwiński na otwarciu wystawy w Spichlerzu Wschodnim.
Na wernisażu sala wystawowa Spichlerza Wschodniego pękała w szwach. Nie zabrakło na spotkaniu potomków płockich żeglarzy, kapitanów, sterników. Kilkunastu z nich udostępniło prywatne zbiory.
W dniu 23 lipca odbyło się otwarcie wystawy poświęconej ludziom Wisły. Pokazujemy ludzi, którzy stanowili o wielkości Płocka, miasta-portu. Liczną brać płocczan, która wykonywała ciężkie wiślane profesje. Pływali na dawnych statkach, które wymagały hartu ducha i ciała - mówił Paweł Śliwiński na otwarciu wystawy w Spichlerzu Wschodnim.
- Dziadek pływał po Wiśle na parowcu "Chodkiewicz". Pracował na nim przez 29 lat jako mechanik. Jak zawsze powtarzał, był to statek rządowy, bo należał do Ministerstwa Komunikacji. Wykonywano na nim pomiary rzeki. Opowiedział mi o swojej pracy, gdy byłem nastolatkiem - mówi Edward Ryter, wnuk Innocentego Rytera, jednego z niezliczonych płockich żeglarzy.
Na Wiśle zaczął pływać niedługo po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. W pamięci rodziny pozostały przeżyte przez niego przygody, część z nich przetrwała w książce Romany Kuffel "Płockie losy".
- Udało mi się ją kilka lat temu znaleźć w jednym z płockich antykwariatów - mówił wczoraj Edward Ryter.
Wspominał, że jego dziadek miał też berlinkę i jako wodniak pomagał w latach 30. przy wożeniu piachu i żwiru na budowę stalowego mostu w Płocku. A w 1939 r. brał też udział w obronie Warszawy w Porcie Czerniakowskim.
- Zachowała się historia o tym, jak dziadek Ryter chronił polską flagę i mosiężnego orła, woził je na parostatku przez całą wojnę. Schował je pod dyktę, którą ocieplił sobie kajutę, bo mu pewnie zawiewał wiatr - opowiada pan Edward. Flagę oddał po wojnie, godło też nie wzbogaciło rodzinnych pamiątek. Po oderwaniu korony posłużyło za formę do odlania... miejskich insygniów Płocka.
Wodniak zmarł w 1983 r., pochowany został nieopodal kaplicy na starym cmentarzu, ufundowanej przez rodzinę Górnickich, właścicieli jednej z przedwojennych firm żeglugowych. - Wraz z kuzynem Wojciechem posiadamy głównie zdjęcia dziadka. Są na wystawie. A ja jestem wodniakiem, ale lądowym - śmieje się pan Edward Ryter.
Na wtorkowe otwarcie wystawy "Ludzie i statki. Historia Płocka Wisłą pisana", którą TPP wraz z Archiwum Państwowym przygotowały w Spichlerzu Wschodnim, zjawił się w mundurze kapitana Polskiej Żeglugi Rzecznej "Vistula" - armatora, który powstał na początku lat 30. z połączenia kilku płockich wiślanych przewoźników.
- Płock kiedyś był przede wszystkim rzecznym portem. A jako siedziba armatorów, był jednym z najważniejszych miejsc na gospodarczej mapie Polski. W Płocku było zarejestrowanych wyjątkowo dużo statków, więcej było jedynie w Warszawie i Pińsku, a tyle samo w Gdańsku! - mówi Paweł Śliwiński, prezes Towarzystwa Przyjaciół Płocka.
Przypomniał, że w stolicy na ogół działało jedno lub dwa przedsiębiorstwa żeglugowe, we Włocławku czy Bydgoszczy - po jednym. A w Płocku minimum trzy! A gdy u schyłku lat 30. upadało warszawskie przedsiębiorstwo Maurycego Fajansa, płocczanie założyli wspomnianą "Vistulę".
- Spójrzmy na portrety płockich wodniaków, przeczytajmy, gdzie się urodzili i mieszkali oraz na jakich parostatkach pracowali. Niech ich idea wielkości Płocka nie znika - dodaje Śliwiński.
- To mój pradziadek Władysław, a to jego ojciec kapitan Tomasz Dynaburski. Na jednym ze zdjęć jest moja śp. babcia jako małe dziecko - mówił syn prezesa TPP, również Paweł Śliwiński, który wraz z bratem przyglądał się wystawie.
Na wernisażu sala wystawowa Spichlerza Wschodniego pękała w szwach. Nie zabrakło na spotkaniu potomków płockich żeglarzy, kapitanów, sterników. Kilkunastu z nich udostępniło prywatne zbiory, wśród nich płocka poetka Wanda Gołębiewska. Jej ojciec Jerzy Gołębiewski był kapitanem rzecznego statku Traugutt, należącego do powojennej firmy Żegluga Warszawska. Pochodził z rodziny płockich wodniaków, urodził się w 1917 r. na... wiślanej barce. O 20 lat przeżył go dowodzony przez niego parostatek - został pocięty w Płocku w 1996 r.
- Może kiedyś uda się zbudować jego replikę? - marzy Paweł Śliwiński. A córka kapitana wygłosiła podczas wernisażu napisaną specjalnie na tę okazję poetycką gawędę.
Wystawa będzie czynna w Płocku do 15 października.
Proszę Zaloguj by zagłosować.
Kliknij przycisk `Akceptuję`, aby ukryć ten pasek. Jeśli będziesz nadal korzystać z witryny bez podjęcia żadnych działań, założymy, że i tak zgadzasz się z naszą polityką prywatności. Przeczytaj informacje o używanych przez nas Cookies