
"W wielu miejscach na zachodzie kraju powstał stan zagrożenia z powodu niezwykle wysokiego poziomu wody. Meldunki o zaistniałej sytuacji dotarły do nas, jak dotąd, z miejscowości na wybrzeżu oraz Holandii Południowej i Wysp Zelandzkich. Pierwsza wiadomość nadeszła dzisiejszej nocy między godziną czwarta i czwartą trzydzieści ze Zwindrechtu, gdzie ogłoszono stan wyjątkowy. Woda zaatakowała tamy. Według doniesień sytuacja jest krytyczna".
Tak w nocy 1 lutego 1953 roku brzmiały telegramy oraz audycje radiowe nadchodzące z Holandii Południowej, Zelandii oraz Północnej Brabancji.
Sztormowa pogoda przed którym ostrzegał Królewski Instytut Meteorologiczny okazała się bardziej niebezpieczna niż początkowo przewidywano. Stało się tak za sprawą połączenia silnego wiatru - na poziomie 10 w skali Beauforta, jego niecodziennego kierunku - północno-zachodniego oraz pływu syzygijnego (zjawisko pływowe powstające, gdy Ziemia, Księżyc i Słońce znajdują się w linii prostej). Czynniki te oraz ich długotrwałość spowodowały największą katastrofę w dziejach Holandii i Europy XX wieku.
"W wielu miejscach na zachodzie kraju powstał stan zagrożenia z powodu niezwykle wysokiego poziomu wody. Meldunki o zaistniałej sytuacji dotarły do nas, jak dotąd, z miejscowości na wybrzeżu oraz Holandii Południowej i Wysp Zelandzkich. Pierwsza wiadomość nadeszła dzisiejszej nocy między godziną czwarta i czwartą trzydzieści ze Zwindrechtu, gdzie ogłoszono stan wyjątkowy. Woda zaatakowała tamy. Według doniesień sytuacja jest krytyczna".
Tak w nocy 1 lutego 1953 roku brzmiały telegramy oraz audycje radiowe nadchodzące z Holandii Południowej, Zelandii oraz Północnej Brabancji.

Napływające informację uświadomiły ogrom i powagę sytuacji w jakiej znalazła się Holandia. Ogłaszając stan klęski żywiołowej rząd zmobilizował wszystkie możliwe siły i środki by ratować co się jeszcze dało i zapobiec zwiększaniu się rozmiarów strat. Podczas pierwszych trzech dni zadaniem wojska było ewakuacja ludności oraz pomoc przy naprawach grobli tak aby woda nie rozprzestrzeniała się na większe obszary lądu.

W kolejnych dniach odpowiedzialni oni byli również za ratowanie ocalałego bydła oraz oczyszczanie wody tak aby była zdatna do picia. Już pierwszego lutego otwarte zostały specjalne punkty medyczne w których lekarze pierwszego kontaktu, chirurdzy i pielęgniarki zgłosili swoją gotowość do pomocy.

Stworzono także specjalne punkty techniczne których zadaniem było naprawianie środków transportu oraz maszyn które mogły być pomocne w ewakuacji lub odbudowie tam. Sama akcja ratownicza była kompletną improwizacją, do 1 marca ewakuowanych zostało 72 000 osób. Przetransportowywano je do zorganizowanych na szybko ośrodków pomocy na obszarach nie zagrożonych powodzią na terenie m.in. w Goes, Bergen op Zoom i Rotterdamie. Powroty trwały rok, jednakże do wiosny 1954 roku około 5 000 ludzi nie powróciło do swojego miejsca zamieszkania.
Zapraszam do lektury całości artykułu
Powódź w Holandii 1953 - 60 lat temu... autorstwa Ewy Zawadki - córki znanego z publikacji w naszym portalu Marka Zawadki. Choć powódź w Holandii równo 60 lat temu przyszła z morza, ale ochrona przeciwpowodziowa, infrastruktura tej ochronie służąca są tożsame a wiele okoliczności katastrofy służyć mogą ku przestrodze także na rzekach - zwłaszcza w Polsce, gdzie co i rusz majsterkuje się przy gospodarce wodnej czyniąc ją coraz głupszą i coraz mniej zorganizowaną. Natura jak widać prędko dyletantów weryfikuje...
Żadne komentarze nie zostały dodane.