Ratunek dla płockiej barki

03.12.2012
Została zbudowana w stoczni w Sandomierzu w 1953 r. Miała ładowność 300 ton, długość - 40 m, szerokość - 7,5 m. Barka w czasach świetności woziła zboże, saletrę, sól i inne materiały sypkie. Kursowała po Wiśle między Wyszogrodem a Gdańskiem. W 1987 r. po cenie złomu kupił ją płocki WOPR. Stale musiała jednak zmieniać miejsca pobytu, bo nikt nie chciał cumować jej na stałe. Staruszka traciła blask, więc wodniacy za własne pieniądze remontowali i wyposażali wnętrza. Jednak z realną pomocą i pieniędzmi mało kto się wychyli.

- Warto barkę ratować, bo to zabytek - podkreślają biedni jak mysz kościelna WOPR-owcy. Dlatego chętnie przystaliby na propozycję Towarzystwa Przyjaciół Płocka i Stowarzyszenia Przyjaciół Muzeum Mazowieckiego, by przekazać im sandomierkę i w odrestaurowanej zrobić wiślane minimuzeum.

Zuchy - chwalą wszyscy ratowników i motorowodniaków z płockiego WOPR-u, ile razy ci ratują komuś życie, zdrowie, mienie. Jednak z realną pomocą i pieniędzmi mało kto się wychyli. No bo przecież to ochotnicy. Trzeba przyjść im z odsieczą.

"Wyrazy najwyższego uznania" za ratowanie ludzi podczas wielkiej powodzi, kiedy to woda przerwała wał w Świniarach nadesłał sam premier Donald Tusk. Wojewoda Jacek Kozłowski "bez wahania" objął patronatem konferencję Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego o bezpieczeństwie na wodzie, mając na względzie jego profesjonalizm. Prezydent Płocka Andrzej Nowakowski wystawił doskonałe referencje, które WOPR-owcy przedstawiali wszędzie, gdzie starali się o organizację imprez czy pieniądze od sponsorów.

To ratownicy WOPR-u pierwsi zanurkowali w Wiśle, próbując ratować wspaniałego lotnika Marka Szufę, którego samolot runął do rzeki podczas tragicznego Pikniku Lotniczego w Płocku. Gdyby nie WOPR-owcy, kto wie, czy na letnich festiwalach na plaży pod Tumami nie dochodziłoby do tragedii.

- Nasze drużyny są wtedy cały czas na wodzie, a wręcz setki ludzi, niektórzy pod wpływem alkoholu, próbują kąpać się w Wiśle - opowiada wiceprezes WOPR-u Ryszard Miaśkiewicz. - Ciągle wówczas kogoś nawołujemy, dyscyplinujemy, zawracamy do brzegu. A sytuacje bywają różne.

Prócz tych bohaterskich momentów w ich pracy są też chwile mniej spektakularne. Pogadanki w szkołach i przedszkolach, szkolenia na kolejne stopnie ratownika, szkolenia motorowodne. W płockim WOPR-ze jest blisko 700 osób. Łączy ich barka. Nie byle jaka.

Została zbudowana w stoczni w Sandomierzu w 1953 r. Miała ładowność 300 ton, długość - 40 m, szerokość - 7,5 m. - To była ostatnia konstrukcja nitowana, potem elementy metalowe były już spawane - opowiadają Miaśkiewicz i Adam Nowicki, członek zarządu WOPR-u. - Prawdopodobnie to ostatnia w Polsce istniejąca sandomierka.

Barka w czasach świetności woziła zboże, saletrę, sól i inne materiały sypkie. Kursowała po Wiśle między Wyszogrodem a Gdańskiem.

W 1987 r. po cenie złomu kupił ją płocki WOPR. Była wtedy w pełni sprawna i spokojnie mogła pływać dalej. Ale stała się bazą i siedzibą WOPR-owców. To na niej odbywały się szkolenia, tu gromadziły się drużyny, przechowywano sprzęt. Sandomierka przyciągała młodzież, która łapała wodniackiego bakcyla. Stale musiała jednak zmieniać miejsca pobytu, bo nikt nie chciał cumować jej na stałe. Staruszka traciła blask, więc wodniacy za własne pieniądze remontowali i wyposażali wnętrza. Niestety, dno także było w coraz gorszym stanie.

- Myśleliśmy, że wystarczy przyspawać kilka arkuszy blach i będzie dobrze - wspominają Miaśkiewicz i Nowicki. - Ale kiedy w tym roku została wyciągnięta na brzeg...

Oglądamy dno sandomierki, która stoi teraz w porcie kapitana Jerzego Pielacińskiego; to przyjaciel WOPR-u, pomaga, za przechowanie barki zażądał stawki o wiele niższej niż normalnie. Od spodu dno jest jedną wielką połacią rdzy, a kiedy spoglądamy od góry, to widać rzeszoto. Część dziur jest zatkana drewnianymi kołkami, przez inne widać ziemię. Specjalista wyliczył, że niezbędna wymiana całego poszycia dna kolosa i zabezpieczenie antykorozyjne to ok. 200 tys. zł.

- Warto barkę ratować, bo to zabytek - podkreślają biedni jak mysz kościelna WOPR-owcy. Dlatego chętnie przystaliby na propozycję Towarzystwa Przyjaciół Płocka i Stowarzyszenia Przyjaciół Muzeum Mazowieckiego, by przekazać im sandomierkę i w odrestaurowanej zrobić wiślane minimuzeum. Sobie zostawiliby tylko obecną świetlicę na szkolenia. Tylko gdzie podzieją swoje ekwipunki, łodzie, cały sprzęt? Gdzie będą się spotykać drużyny? Potrzeba im jakiegoś miejsca w porcie i hangarów na zimę. Potrzeba pieniędzy. Teraz żyją z odpisów podatkowych w ramach 1 procentu (kilka tys. zł rocznie), składek, organizacji kursów i wspomagania przez sponsorów. Za ratowanie ludzi podczas powodzi dostali... silnik do łodzi, której kadłub od trzech lat przechowywali w Sochaczewie - od zarządu głównego WOPR-u. Liczą na przychylność prezydenta Płocka, z którym spotkają się w połowie grudnia.

- Apelujemy o pomoc do wszystkich miłośników Wisły i starych jednostek pływających - mówi Ryszard Miaśkiewicz. - Sytuacja jest dramatyczna, bez pomocy będziemy musieli - już w początkach przyszłego roku - naszą sandomierkę albo sprzedać, albo oddać na złom. A koniec barki to koniec WOPR-u w Płocku. Bez magazynów i miejsca spotkań, szkoleń i w wiecznym niedostatku nie da się funkcjonować.

źródło: plock.gazeta.pl

Apis 03.12.2012 2,698

0 komentarzy

Dodaj lub popraw komentarz

Zaloguj się, aby napisać komentarz.
  • Żadne komentarze nie zostały dodane.

Ocena zawartości jest dostępna tylko dla zarejestrowanych użytkowników.
Proszę Zaloguj by zagłosować.
Niesamowite! (0)0 %
Bardzo dobre (0)0 %
Dobre (0)0 %
Średnie (0)0 %
Słabe (0)0 %
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na nasze ustawienia prywatności i rozumiesz, że używamy plików cookies. Niektóre pliki cookie mogły już zostać ustawione.
Kliknij przycisk `Akceptuję`, aby ukryć ten pasek. Jeśli będziesz nadal korzystać z witryny bez podjęcia żadnych działań, założymy, że i tak zgadzasz się z naszą polityką prywatności. Przeczytaj informacje o używanych przez nas Cookies