Barka ma przeszklony pokład górny, z którego można rozglądać się po okolicy, i pokład dolny, niewiele ponad poziomem wody. Jest na nim przestronnie i widno, okna są olbrzymie; widać całą podgórską stronę jak na dłoni, wieżycę kościoła w tle; widać kamienice na pierwszym planie, Drukarnię naprzeciw, dom Pod Lwem; widać łuk kładki i głowy ludzi, przemieszczające się jakby samoistnie.
Dla tego widoku, i może jeszcze dla wody, która co prawda jest błotnista i mało zachęcająca, ale jednak żywa, połyskliwa, jak rtęć mrugająca aż do wieczora (kiedy się uspokaja i jakby zamiera) - otóż dla tego wszystkiego warto wejść na Augustę w jesienne (oraz zimowe, oraz wszystkie inne) wieczory i południa, i zjeść coś albo tylko pić wino, i być w sumie bardzo zadowolonym z życia.Było mniej więcej tak, jak zawsze bywa. Był dzień i był głód. Głód, że tak powiem, prywatny, wcale niezwiązany z koniecznością napisania recenzji. Zdarzył się jakiś czas temu na Kazimierzu, w czasie spaceru.
Kiedy taki głód dopada, od razu nachodzą mnie myśli dość ponure: bo rzadko potrafię powiedzieć bez zastanowienia, gdzie na jedzenie pójdę. Zawsze jest jakieś ale: cena, zapachy zbyt wyraziste z kuchni, specyficzne jedzenie, którego zbyt często powtarzać się nie da. Właściwie wszędzie tak jest, z jednym chwalebnym wyjątkiem, ale ten wyjątek mam tuż pod domem, więc możecie uważać, że to z lenistwa. (Ów wyjątek mieści się przy Krupniczej i nawiedzam go bardzo często. To jest po prostu mojego domu przybudówka, a nie restauracja, miejsce obce).
Na Kazimierzu mógłbym pójść do Zazie, mógłbym na hamburgery, mógłbym się przejść do Al Dente, i jeszcze w parę innych miejsc, do Chilijczyków pod hiszpańską banderą, albo do wymuskanej Szarej, albo - na drugim biegunie - na sycylijskie przekąski czy na solidne jedzenie u Syryjczyków. Mógłbym do Chińczyka, naszego rodzynka, jedynego prawdziwego w okolicy. Jest ładnych parę miejsc, gdzie bym mógł, ale z różnych powodów czasem nie chcę. Bo wystrój okropny, bo cena za wysoka jak za codzienne jedzenie, bo zawsze kolejka, albo jeszcze co innego; bo w godzinie, kiedy mnie głód męczy, mogę mieć pewność, że będą już tylko niektóre dania - niekoniecznie te, za którymi przepadam. Dlatego wciąż szukam nowości, miejscówek swojskich i takich w pół drogi, pomiędzy luksusem a tanim barem.

Takie prowadząc ze sobą rozmowy, rozmowy istotne, dotyczące sedna naszych upodobań gastronomicznych - nawet w ulubionej knajpie jedzenie może się przejeść, nawet ulubiona dzielnica może się okazać zbyt uboga - doszedłem do rzeki, która do niedawna była kresem spacerów, a od kiedy jest na niej kładka, to już nie jest. Nie wszedłem jednak na kładkę, tylko w dół zszedłem, podtrzymywany na duchu przez Osobę Towarzyszącą: udaliśmy się na barkę, już trzecią w tym miejscu. Ta nazywa się Augusta. Barka ma przeszklony pokład górny, z którego można rozglądać się po okolicy, i pokład dolny, niewiele ponad poziomem wody. Jest na nim przestronnie i widno, okna są olbrzymie; widać całą podgórską stronę jak na dłoni, wieżycę kościoła w tle; widać kamienice na pierwszym planie, Drukarnię naprzeciw, dom Pod Lwem; widać łuk kładki i głowy ludzi, przemieszczające się jakby samoistnie. Dla tego widoku, i może jeszcze dla wody, która co prawda jest błotnista i mało zachęcająca, ale jednak żywa, połyskliwa, jak rtęć mrugająca aż do wieczora (kiedy się uspokaja i jakby zamiera) - otóż dla tego wszystkiego warto wejść na Augustę w jesienne (oraz zimowe, oraz wszystkie inne) wieczory i południa, i zjeść coś albo tylko pić wino, i być w sumie bardzo zadowolonym z życia.
Na wstępie więc ogłaszam zwycięstwo: okna na wodę, na drugi brzeg, na miasto z daleka każdej restauracji dają potężną przewagę. Zabraliśmy się rączo do zamawiania, bo głód był i nie minął. Na przystawkę - potrawka z grasicy z borowikami. Pomyślałem, że taka przystawka z widokiem na wodę zaspokoi moje najdziksze oczekiwania, bo raz, że grasica, a ja grasicę uwielbiam pasjami, a dwa, że borowiki, które nie tylko są grzybem szlachetnym, ale po prostu są przepyszne i mają w sobie mnóstwo aromatu. Z łatwością ciągną danie nawet średnie na wyżyny, nadają mu oddechu i potęgi. Borowików dodać, to jak posypać złotem. Borowiki w talerz to jak błogosławieństwo.

Gorzej, kiedy samo złoto zostaje do zjedzenia, bo gdzieś wyparowała reszta. Bo, niestety, grasica, to bardzo delikatna istota, eteryczna. Niezrównana, kiedy przygotowana właściwie, niewymęczona temperaturą; wtedy jest jak żywa, krucha i sprężysta, jak szybko podsmażona wątróbka, tylko dużo delikatniejsza. Tu dostałem krupowate coś, rozmoczoną watę z grudkami, zanurzoną pośród (skądinąd pysznych) borowików; a po minucie jedzenia okazało się na dodatek, że nie grzyby w tym daniu dominują, a rozmaryn, jego żywiczna moc. Z rozmarynem bardzo łatwo przesadzić. Jadłem, przyznaję, z głuchą niechęcią: danie wymyślono dość dobrze, ale dennie przygotowano. Czy ten ktoś, kto stał przy kuchni, spróbował kiedyś dania, które upichcił? Czy ma to w zwyczaju? Narzucają się dwie odpowiedzi - nie, nigdy nie próbuje własnych wyrobów, ślepo zawierzając pamięci; albo, co gorsza, niewiele go (ją) smak obchodzi. Jadłem, owszem, jadłem; ale byłem wkurzony. Sknocili moją grasicę.
Zamówiliśmy także makaron, tagliatelle szpinakowe z anchois i kaparami. Oj, nie mam ochoty rozpisywać się tu o makaronie, bo jeśli można popełnić jakiś błąd, to został tu popełniony. Pływał ten makaron w tłustym, ale bardzo wodnistym sosie - sos do makaronu musi mieć zupełnie inną, konkretniejszą konsystencję, musi przylegać do ciasta, oblepiać go miłośnie. Sos pryskał, pomidory nie miały w gruncie rzeczy smaku, kalmary się zgubiły - a w ustach pozostał jedynie smak pieprzu. Pieprz lubię pasjami, tu jednak był nie na miejscu. Smętne to było danie.
Danie ostatniej szansy uratowało Augustę: łopatka jagnięca z purée ziemniaczano-chrzanowym. Mięsa podano obficie, z jagnięcia całkiem już rosłego, rzekłbym, z ciemnym sosem, który przygotowano profesjonalnie, na klarownie i czysto. Do tego kolorowe warzywa - i od nich zacząłem. Mdłe i okropnie rozmiękłe, jakby zapomniano o nich w kuchni na dłuższą chwilę. Cała radość takiego warzywnego dodatku w kolorze i konsystencji, smak na końcu przychodzi. Mięso za to było pyszne, jak trzeba, soczyste, jedwabiste, mięso, które chce się pożerać. Zapieczone purée z dodatkiem chrzanu świetnie kontrowało pieczeniowy charakter mięsa, nadawało barw żywszych, wnosiło niespodziewane aromaty.
Chwalmy więc chrzan, chwalmy jagnięta, sprawdzają się świetnie. Nad resztą zaś, i to całą resztą, przyjdzie się jeszcze zastanowić. W dzisiejszych czasach to wstyd nie radzić sobie z grasicą czy makaronem. Szczególnie kiedy taki widok za oknem.
Restauracja Augusta, Bulwar Kurlandzki u wylotu ul. Gazowej, Dwuosobowy obiad z widokiem - 111 zł.
Proszę Zaloguj by zagłosować.
Kliknij przycisk `Akceptuję`, aby ukryć ten pasek. Jeśli będziesz nadal korzystać z witryny bez podjęcia żadnych działań, założymy, że i tak zgadzasz się z naszą polityką prywatności. Przeczytaj informacje o używanych przez nas Cookies