Powódź Tysiąclecia
Pomimo że Odra wieczorem przypominała Amazonkę, to jeszcze nic nie wskazywało na to, że nastąpi to co było.

09.07.1997 - Środa
Pomimo że Odra wieczorem przypominała Amazonkę, to jeszcze nic nie wskazywało na to, że nastąpi to co było. Z racji wykonywanego zawodu przyzwyczajony byłem do takich widoków dość często. Co najmniej kilka razy w roku. Nie zdawałem sobie jednak sprawy z tego co mnie czeka. Zupełnie przypadkowo spotkałem kolegę z RZGW Opole, który powiedział- Tadeusz, Miedonia powyżej 9 metrów!
Kuźwa... pomyślałem w duchu, 8 z małym hakiem to już katastrofa, a co będzie przy ponad 9..???- nie mogłem sobie tego wyobrazić, chyba koniec świata... no bo cóż innego.
Z moich obliczeń wynikało, że fala kulminacyjna w Opolu będzie w czwartek w południe.
Na wszelki jednak wypadek, nowo zakupiony samochód dostawczy zaparkowałem na Pl. Kopernika.
10.07 1997 - Czwartek
Ponieważ moja firma hydrotechniczna”padła”z honorem, więc z konieczności zajmowałem się handlem. Wstałem o 4 rano, przy goleniu gaśnie światło, myślałem że żarówka”siadła”, jednak w całym mieszkaniu światła nie ma. Idę z małym lusterkiem do okna aby dokończyć golenie i widzę jak na zewnątrz coś błyszczy. Lodowisko!!!......., czy jakaś inna zaraza tak błyszczy???, wytężam wzrok i widzę jak”fala”jest pod moim blokiem i faluje i przybiera. Może jeszcze zdążę- pomyślałem- lecz było już za późno. Zadzwoniłem do hurtowni aby odmówić zamówiony towar, był to ostatni telefon który wykonałem- wyłączyli.

Woda przybierała z minuty na minutę, najpierw zaczęły płynąć kosze na śmieci, w następnej kolejności pobliskie kioski handlowe, a za nimi samochody. Towar z pobliskiego domu handlowego SDH za Odrą płynął całym szerokim strumieniem. Cały ten strumień płynął z ul. Prószkowskiej wprost na nas, na ul Koszyka.

Nie tylko ludzie przeżywają dramaty. Na ul. Prószkowską pod Nr 21 podpłynęła świnka. Mieszkańcy wciągnęli ją do środka, weszła na drugie piętro, zajęła w pewnym mieszkaniu największy pokój i cześć!!!.

Nie brakowało też czynów bohaterskich, Tomek i Paweł wypłynęli na dziecinnym pontoniku, aby ratować kolegę z tej strasznej topieli. Boraczek miał szczęście, powracał do domu o poranku.
11.07.1997 - Piatek
Moi drodzy, jest to materiał na dużą książkę, więc z konieczności skrócę. Ta pierwsza noc była straszna, ciemno, bo prąd wyłączony, bez gazu, lodówka zaopatrzona, lecz jak długo mogą wytrzymać produkty?. Przyjęliśmy do swojego domu dwie poszkodowane rodziny z parteru. Powyżej drugiego piętra, nie było żadnej pomocy, ani współpracy. Tak super sympatyczni sąsiedzi okazali znieczulicę, niewiarygodne, a jednak. Młodziutka sąsiadka była tuż po urodzeniu dziecka, oddaliśmy jej denaturat, aby mogła dzieciątku zagotować mleko. Staraliśmy się zagotować wodę na kawę świeczką........lepiej nie gadać.
Najgorzej było wówczas, jak słyszałem płacz ginących w topieli zwierząt w pobliskim Ogrodzie Zoologicznym. Minęło przecież tyle już lat, a ja ten płacz jeszcze słyszę.

Ewakuowali tylko ludzi chorych, nie miałem więc szans. A w niedzielę, w Międzylesiu, chrzest mojego trzeciego wnuka. Przez cały czas myślałem, jak się wydostać. Dość regularnie kursował ponton, który dowoził chleb. Zapakowałem w plecak świąteczne ubranie i tak sobie pomyślałem, że może się uda. Byłem wytrwały, za którymś razem właściciel pontonu wyczuł, że mam chyba ważna sprawę. Zrozumiał moją sytuację, jako świeżo upieczony dziadek. Nakrył mnie kocem i cichcem przewiózł, chociaż miał wyraźny zakaz, aby nikogo nie przewozić.

Wnuk został ochrzczony należycie, a mnie pozostało pamiątkowe zdjęcie z tej niecodziennej wyprawy.
14.07.1997 - Poniedziałek
W drodze powrotnej przywiozłem ponton i obaj z młodszym synem Tomkiem, przy pomocy wioseł -wpłynęliśmy do naszej klatki schodowej. Było bardzo ciężko podpłynąć, nurt był wartki, wiosła w dwie ręce i do przodu, dosłownie z narażeniem życia.

Okazało się, że moja wyżlica Aza, piąty już dzień się nie załatwia, nie dość że tragedia, to jeszcze i to. Wzięliśmy Azę na ponton i powoli zaczęliśmy iść z Tomkiem w kierunku ul. Wojska Polskiego. My po bokach pontonu, Aza na pontonie, miejscami wody po szyję, ale jakoś poszło. Ludzie stali na balkonie i patrzyli, jedni bili nam brawo, inni pukali się w czoło, na widok dwóch „małonormalnych”.

Woda opadała błyskawicznie, wyłaniały się olbrzymie szkody. Wojsko dowoziło ludzi, my z Tomkiem, już jako ratownicy, braliśmy na ponton po cztery osoby i rozwoziliśmy do domów. Po tej naszej akcji-”spec- szczepienia”nam jeszcze zaserwowali i to by było na tyle, w bardzo wielkim skrócie.

Zniszczeń było dużo, scena a amfiteatrze kompletnie zniszczona, elektryka także. Lecz od czegóż PRZYJACIELE. Dochody z jednego tylko SOPOCKIEGO KONCERTU, na tymże festiwalu, pozwoliły nie tylko na likwidację szkód, lecz także na rozbudowę. W tym miejscu - piękne ukłony dla ludzi WYBRZEŻA, zaś szczególnie dla mieszkańców SOPOTU. Większość zdjęć pochodzi z broszury "Powódź Tysiąclecia", którą wydał ówczesny opolski Ratusz.

Proszę Zaloguj by zagłosować.